
Tym razem coś z Europy. Dacia Jogger wydawała się pewniakiem. Znam markę, a sam model miałem już okazję wcześniej poznać. Pierwsza trudność pojawiła się jednak już na starcie. Do jakiego segmentu zaliczyć Joggera? Samochód osobowy czy użytkowy? Kombi, crossover czy może spłaszczony SUV?

Odpowiedź na pierwsze pytanie była dość prosta. Moja Dacia jest 7-osobowa, więc to typowy samochód osobowy. Przy wersji 5-osobowej już nie miałbym takiej pewności. Jogger zastąpił Dacię Lodgy, a tamten model ze względu na ogromny bagażnik często był kupowany jako auto użytkowe.

Trudniej zakwalifikować Joggera do konkretnego segmentu. To coś z pogranicza kombi, crossovera i minivana w lekko spłaszczonej wersji. W sumie nie ma to większego znaczenia. Jogger startuje we własnej klasie. Z pakietem do spania można go wręcz zaliczyć do kategorii mikrokamperów.
Samochód nie jest mały. 4550 mm długości, 1853 mm szerokości i 1689 mm wysokości to taki większy średniak. Rozmiary dające naprawdę spore możliwości użytkowania auta.

Tu trzeba przyznać, że Dacia oferuje ciekawą listę opcjonalnego wyposażenia. Mnie szczególnie przypadł do gustu pakiet Sleep. To podróżna skrzynia, którą w kilka minut można zamienić w łóżko. Sprawdzałem ten wynalazek i muszę przyznać, że działa zaskakująco dobrze. Niewielkim kosztem można zostać podróżnikiem i nie martwić się o nocleg.

Niestety nie da się tego zamontować w wersji 7-osobowej. Tu trzeba pomyśleć o dodatkowej przestrzeni bagażowej. Owszem, Jogger ma solidny bagażnik o pojemności nawet 708 litrów w wersji 5-osobowej, ale przy siedmiu miejscach i rozłożonych fotelach pojemność spada do 160 litrów. Przy dalszej podróży trudno zakładać, że taka przestrzeń wystarczy dla całej rodziny.

Dacia proponuje dwa rozwiązania. Pierwsze to klasyczny box dachowy. Przydadzą się wtedy modułowe relingi, które znajdziemy już w aucie. Wystarczy odkręcić cztery śrubki i relingi zamieniają się w poprzeczne belki dachowe. Pozostaje tylko zamontować box.
Drugie rozwiązanie to Aero Cargo Box Dacia, czyli kufer mocowany na hak. Ciekawy pomysł, choć akurat jego funkcjonalności jeszcze nie sprawdzałem.
Pomyślano też o zwierzętach. W ofercie znajdziemy kratę oddzielającą część pasażerską od bagażnika z naszym pupilem. Oczywiście na liście akcesoriów są też bagażniki na rowery czy narty.

Wróćmy jednak do mojej Dacii. To wersja Hybrid 155. Jak łatwo się domyślić, mamy tu hybrydę o mocy 157 KM. Zastosowano benzynowy silnik o pojemności 1789 cm³ generujący 108 KM oraz silnik elektryczny o mocy 49 KM. Łącznie kierowca ma do dyspozycji 157 KM systemowej mocy. Pozwala to rozpędzić auto do 180 km/h. Przyspieszenie od 0 do 100 km/h zajmuje 9 sekund.
Hybryda kojarzy się z niskim spalaniem. Producent deklaruje wynik na poziomie 4,5–4,6 l/100 km. Brzmi dobrze, ale dopóki sam tego nie sprawdzę, podchodzę do takich deklaracji z rezerwą.

Zanim jednak ruszę w drogę, jeszcze kilka słów o wyglądzie. Jogger jest dość oryginalny. Sylwetka przypomina trochę pocisk. Ma też kilka charakterystycznych elementów dla marki i wersji wyposażenia Extreme. Pionowa listwa na przednim błotniku, modułowe relingi i obudowy lusterek w miedzianym kolorze. Miedziane akcenty znajdziemy również we wnętrzu.

Ciekawie poprowadzono linię nadwozia. Zazwyczaj projektanci starają się płynnie przechodzić z jednego elementu w drugi, ale tutaj jest inaczej. Przednie drzwi są niższe niż tylne, choć linia dachu pozostaje jedną płaszczyzną. Tylne boczne okno też wygląda jakby pochodziło z innej bajki, co wynika z jego konstrukcji. Szyba się nie opuszcza, ale można ją uchylić.

Samochód ma czarne nakładki na nadkolach, co powoduje, że zaczynamy zastanawiać się nad napędem 4x4. Tego jednak nie ma. Może kiedyś się pojawi. Na razie musi wystarczyć 20-centymetrowy prześwit. Spokojnie można zjechać z asfaltu. Zawieszenie jest dość sztywne, ale akurat to odbieram jako zaletę. Daje poczucie pewności i solidności.

Jest jeszcze jedna miła niespodzianka, którą odkryłem. Kolor Sandstone okazał się strzałem w dziesiątkę. Nie dość, że świetnie wygląda, to jeszcze praktycznie nie widać na nim kurzu z polnych dróg. Dla mnie to bardzo ważne, bo codziennie pokonuję dwa kilometry piaszczystej drogi. Jakby nie jechać, tuman kurzu ciągnie się za samochodem. Wystarczy jeden przejazd i nie ma śladu po myciu. Sandstone niemal eliminuje ten problem. Gdyby nie kurz na przyciemnianych szybach, pomyślałbym, że położyli asfalt.
Na szczęście drogi gruntowe nie są już codziennością w naszym kraju. Coraz więcej jest autostrad i dróg ekspresowych. To jednak nie są idealne warunki dla hybrydy. Taki układ najlepiej odzyskuje energię podczas hamowania, a na autostradzie właśnie tego staramy się unikać.

Warto więc sprawdzić, jak wtedy wygląda spalanie. Jazda autostradowa i pierwsze zaskoczenie. Tragedii nie ma. Spalanie wprawdzie wyraźnie rośnie, ale 6,5 l/100 km uważam za całkiem dobry wynik. Odbiję to sobie na lokalnych drogach.
I dokładnie tak się stało. Lokalne drogi to naturalne środowisko hybrydy. Spalanie spadło poniżej 5 l/100 km. Czwórka z przodu od razu wywołuje uśmiech. Duży samochód i małe spalanie.
Średnia ustabilizowała się na poziomie 4,8–4,9 l/100 km. Co ciekawe, niezależnie od warunków wynik jest bardzo podobny. Odchylenia rzędu 0,3 litra praktycznie nie mają znaczenia. Nawet nie próbuję walczyć o takie różnice.

Komputer wysyła mi alarmujące komunikaty, żebym poprawił styl jazdy, ale specjalnie się nimi nie przejmuję. Dobrze, że pojawiają się w ustawieniach, a nie na głównym ekranie zegarów. W sumie ciekawe, przy jakim spalaniu zasłużyłbym na pochwałę. 4,7 l/100 km i tylko 49 punktów na 100.
Podjąłem wyzwanie. Wyzerowałem licznik i delikatnie poprawiłem styl jazdy. Niewielki wysiłek, a punktów od razu przybyło.


Teraz jest 89 na 100, a spalanie spadło do 4,2 l/100 km.
Na tym zakończyłem eksperyment. W praktyce i tak zawsze wychodzi około 4,8–4,9 l/100 km.

Hybrydowy układ działa dokładnie tak, jak oczekiwałem. Spalanie jest naprawdę niskie. Czas więc zająć się innymi aspektami auta.
Samochód ma 157 KM i teoretycznie powinien być drogową bestią. Jogger nią jednak nie jest. Moc w zupełności wystarcza do sprawnej i dynamicznej jazdy. Można bezproblemowo włączyć się do ruchu, sprawnie zmieniać pasy i po prostu wygodnie podróżować. Do motorsportu jednak daleko.
Trochę to zasługa automatycznej skrzyni biegów. W normalnej jeździe działa bardzo dobrze. Nie szarpie i płynnie zmienia biegi. Gorzej, gdy gwałtownie dodamy gazu przy niskich obrotach. Wtedy system potrzebuje chwili zastanowienia, zanim zrobi to, czego oczekujemy.

Na szczęście chyba nikt nie próbuje robić z Joggera wyścigówki. To samochód praktyczny i uniwersalny. Widać to w wielu detalach. Tapicerka utrzymana jest w stonowanych szarościach i wykonana z solidnego materiału. Plastiki łatwo utrzymać w czystości, a obsługa jest prosta i intuicyjna.

Bardzo spodobała mi się kamera z bocznym widokiem auta. Świetnie sprawdza się podczas parkowania równoległego przy wysokich krawężnikach. Szkoda byłoby porysować felgi.

Praktyczne podejście widać również w elektronice. Ma być funkcjonalnie i bez fajerwerków. Centralny wyświetlacz ma 10 cali, integrację ze smartfonem, kamerę i – co podoba mi się najbardziej – możliwość zapisania własnych ustawień w trybie „perso”.

To właśnie tam można wyłączyć irytujący sygnał ostrzegający o przekroczeniu prędkości. Oczywiście po każdym uruchomieniu silnika system aktywuje się ponownie, bo takie są wymogi UE. Na szczęście wystarczy jedno kliknięcie i wracamy do własnych ustawień.

Dacia Jogger nie próbuje być modnym SUV-em ani autem premium. Ma być praktyczna, funkcjonalna i gotowa do codziennej pracy. I właśnie dlatego ten samochód ma sens.
Tekst i zdjęcia: Dariusz Pastor