
Zaczęło się w Poznaniu na Motor Show 2026. GAC był najbardziej chiński z chińskich producentów. Oczywiście nie licząc niszowych wynalazków, bo reszta producentów z tego kraju już się zeuropeizowała. Stylistycznie dopasowali się do gustu Europejczyków. GAC poszedł swoją drogą i zdecydowanie wyróżniał się na tle konkurencji. Jest inny. Ani lepszy, ani gorszy – po prostu inny.

Przyciągnął wzrok. Z ciekawości zajrzałem do środka i miałem wrażenie, że wnętrze pochodzi z wyższej klasy samochodu, niż się spodziewałem. Ciekawe, ale na targach wszystko wygląda lepiej. Dobrze zaprojektowana ekspozycja, światło i wystawowy szum zawsze podbijają odbiór. Jakby nie było, zrobił na mnie pozytywne wrażenie. To już wystarczający powód, aby zaprosić GAC na test.

GAC Aion V zameldował się do testu. Elektryczny SUV całkiem sporych rozmiarów. Długość 4605 mm, szerokość 1876 mm i 1686 mm wysokości. To powinno przełożyć się na obszerne wnętrze, ale o tym później.

Najpierw zajmijmy się wyglądem zewnętrznym. Nie ma co ukrywać, że pierwsze wrażenie ma olbrzymie znaczenie dla tego, jak będziemy odbierać samochód. Aion V wyróżnia się z tłumu. Samochód ma klasyczną bryłę i dobrze wyważone proporcje, ale wyprofilowanie nadwozia i kilka detali sprawiają, że bez trudu rozpoznajemy kraj pochodzenia projektu.

W sumie całkiem fajna bryła. Projektanci nie próbowali ukrywać gabarytów, a nawet jeszcze je podkreślili wydatnymi błotnikami. Ma być potężnie i dokładnie tak jest. Przód auta pozbawiony grilla to już chyba kanon urody elektryków. Tył również mocno wyprofilowano.

Ciekawie rozwiązano system otwierania bagażnika. Nie trzeba nic naciskać ani machać nogą pod zderzakiem. Wystarczy stanąć z kluczykiem w kieszeni za samochodem. Klapa automatycznie się otwiera. W ustawieniach możemy dodatkowo wybrać wysokość, do której będzie się podnosić. Dobre rozwiązanie, bo przecież jesteśmy różnego wzrostu. Niby drobiazg, a potrafi bardzo ułatwić życie.
Jeden detal mi nie pasuje. Szachownica na tylnym słupku. Kojarzy mi się z taksówką. Zastanawia mnie też, dlaczego relingi dachowe nie zostały bardziej wpisane w bryłę nadwozia. Wydaje mi się, że poprawiłoby to aerodynamikę.

Czas zobaczyć, co kryje wnętrze Aiona V. Otwieram drzwi i fotel kierowcy automatycznie odsuwa się, ułatwiając zajęcie miejsca. Miły początek, zwłaszcza że biała skórzana tapicerka wygląda bardzo zachęcająco.

Wygląda na to, że model demonstracyjny nie był wyłącznie targową pokazówką. Najwyraźniej w Aionie V luksus dostajemy w standardzie.

Wsiadam. Regulacja fotela oczywiście w pełni elektryczna. Nie tylko dobrze wygląda. Jest też wygodny, a za chwilę odkrywam kolejne plusy. Fotele są podgrzewane, wentylowane i posiadają funkcję masażu. Oba fotele. Ten pasażera również. Jeszcze nie ruszyłem, a już go polubiłem.
Zanim ruszę, trzeba chwilę poświęcić na ustawienia. Fotel i kierownica gotowe. Czas na lusterka i tu już nie jest tak prosto. Regulację lusterek aktywujemy z centralnego panelu, a samą regulację wykonujemy przyciskami na kierownicy. Mało intuicyjne rozwiązanie, ale to czynność jednorazowa. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie jej szukać. Za to z podłączeniem telefonu nie było żadnego problemu.

Można ruszać. Samochód jest wyposażony w automatyczną skrzynię, a biegi wybieramy manetką za kierownicą. Tu znów niespodzianka. Tą samą dźwignią obsługujemy również tempomat.
Aion V jest samochodem elektrycznym, więc zaczynam od sprawdzenia zasięgu. 500 kilometrów wygląda dobrze, ale że jeszcze nie znam auta, traktuję to bardziej jako obietnicę niż fakt.

Pierwsze kilometry to zawsze zapoznanie się z samochodem. Jestem mile zaskoczony, bo od razu czuję się jak w domu, mimo że nie wszystko jeszcze potrafię znaleźć. Projektanci mieli tu własną wizję zagospodarowania przestrzeni.
Przekonałem się o tym, gdy chciałem włączyć światła awaryjne. Przycisk do ich uruchamiania umieszczono na suficie. Dość zaskakujące miejsce.
Zestaw monitorów już mnie nie dziwi. To klasyka w chińskich modelach. Mały ekran przed kierowcą i duży centralny wyświetlacz będący centrum dowodzenia samochodem. Nim zajmę się na postoju. Może podczas ładowania efektywnie wykorzystam ten czas.

Na razie poznaję auto od tej prostszej strony. Podoba mi się jakość wykończenia. Oczywiście biała skóra robi wrażenie, ale reszta nie odstaje od tego poziomu. Miękkie i przyjemne w dotyku materiały, dobre spasowanie elementów. Nic nie trzeszczy, nic nie skrzypi. To właśnie takie szczegóły decydują o odbiorze samochodu.
Wszystko działa, ale nie potrafię przyzwyczaić się do obsługi kierunkowskazów. Dźwignia jest klasycznie za kierownicą, ale nie mogę wyczuć, kiedy uruchamiam kierunkowskaz na stałe, a kiedy tylko na trzy mignięcia.
Trzeba to zrobić niezwykle delikatnie. Inaczej włącza się normalny kierunkowskaz. Oczywiście po skręcie wyłączy się automatycznie, ale przy zwykłym omijaniu przeszkody często zapominam go wyłączyć. Jest sygnalizacja na ekranie, ale tak ustawiłem kierownicę, że całkowicie zasłania mi ten sygnał. Korekta ustawień pomogła, ale nadal uczę się obsługi tego elementu.
No to ładnie się zaczyna. Ciekawe, co wyjdzie później. Okazało się, że właśnie to było największym „problemem” tego samochodu.

Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów za mną, więc sprawdzam zużycie energii. Jestem na tym punkcie trochę wyczulony. Komputer wskazuje średnie zużycie na poziomie 14,3 kWh/100 km. Całkiem dobry wynik.

Ciekawe tylko, czy zgadzają się kilometry. Według licznika przejechałem 44 km. Z licznika zasięgu zniknęły 43 km. W elektrykach taka zgodność nie jest codziennością. Kolejny plus dla mnie, bo rezultat jest nawet lepszy od danych producenta. GAC deklaruje średnie zużycie energii na poziomie 16,7 kWh/100 km. Samochód o mocy 204 KM z tak niskim zużyciem energii zapowiada się bardzo ciekawie.

Przejechałem już ponad 300 km, a to oznacza, że trzeba poszukać ładowarki. Mógłbym zrobić to z domowego gniazdka, ale na pokładzie mam jedynie kabel bez zasilacza. Domowe ładowanie odpada.
Trochę szkoda, bo właśnie ono najbardziej obniża koszty eksploatacji. Chyba trzeba pomyśleć o wallboxie. Koszt niewielki, a korzyści spore. Lokalnie można jeździć praktycznie za darmo.
Aiona można ładować z mocą do 180 kW i właśnie takiej ładowarki szukam. Przed podłączeniem jeszcze szybka kontrola wyników. Przejechane 350 km przy średnim zużyciu energii 16,2 kWh/100 km. Różnica między realnym przebiegiem a spadkiem zasięgu wynosi około 30 km, czyli mniej niż 10%. Jest dobrze.
Podłączone. Przewidywany czas ładowania do 80% wynosi około 30 minut, a do pełna niespełna godzinę. Wybieram drugą opcję. Jestem ciekawy, jaki zasięg pokaże komputer.

Pokazał 510 km i powoli zaczynam wierzyć, że jest to możliwe.
Przy okazji zagłębiłem się w ustawienia. Jest tam naprawdę mnóstwo różnych funkcji. Minusem pozostaje brak polskiego menu. Tak samo funkcje głosowe wymagają znajomości języka angielskiego.

Trochę gadżetów, ale też wiele przydatnych rozwiązań. Chociażby możliwość przypisania wybranych funkcji do przycisków na kierownicy. Dopisałem kamerę 360°. Widok jest dość specyficzny. Obraz z góry wygląda świetnie i pokazuje nawet odległości w centymetrach. Za to widok z przodu jest kompletnie nieczytelny.
Z ciekawych funkcji warto wspomnieć o trybie Power Save. W większości elektryków zwiększone odzyskiwanie energii działa tragicznie. Jakby jechało się z lekko zaciągniętym ręcznym hamulcem. Tutaj jest inaczej. Odzyskiwanie energii działa skutecznie, ale bez utraty komfortu jazdy.
GAC Aion V zaskoczył mnie. Miało być inaczej, a wyszło zdecydowanie na plus. To jeden z tych samochodów, które najlepiej poznaje się podczas codziennego użytkowania. Im dłużej nim jeździłem, tym bardziej doceniałem komfort, jakość wykonania i przemyślane rozwiązania.

Aion V nie jest najtańszą propozycją na rynku. Nie próbuje też taki być. Walczy o klienta jakością, poziomem wyposażenia i komfortem podróżowania. Do tego okazał się zaskakująco oszczędny. Średnie zużycie energii utrzymywało się na bardzo rozsądnym poziomie, a deklarowany przez producenta zasięg nie był jedynie marketingową obietnicą. W codziennym użytkowaniu samochód potwierdził, że ponad 500 kilometrów na jednym ładowaniu jest wartością całkowicie realną.
Warto zajrzeć do salonu GAC i samemu sprawdzić, czy taki kierunek ma sens. Lodówkę na pokładzie i 8 lat gwarancji dostaniemy w standardzie.
Tekst i zdjęcia: Dariusz Pastor