
Campery z roku na rok zyskują na popularności i wcale mnie to nie dziwi. To świetna alternatywa dla zorganizowanego wypoczynku, gdzie ktoś za ciebie ustala śniadania, obiady, a nawet to, o której masz wstać. Camper to zupełnie inna filozofia podróżowania. Owszem – hotel da ci luksus i biały szlafrok, ale z przygodą to ma tyle wspólnego, co jazda windą z wysokogórską ekspedycją. Dom na kółkach daje wolność. I to taką prawdziwą, której nie da się zastąpić żadną gwiazdką w hotelowej recepcji.

O ile w sezonie letnim ta wolność bywa mocno reglamentowana, o tyle po sezonie zaczyna się to, co w campervaningu najlepsze. Campingi pustoszeją, znika tłok, a człowiek może nareszcie pojechać tam, gdzie dusza chce – i zaparkować tam, gdzie nikomu nie przeszkadza. Jest tylko jeden problem: campera nie da się ukryć. Czym większy i bardziej luksusowy, tym bardziej rzuca się w oczy. Dlatego coraz większą popularnością cieszą się tzw. „cicho-ciemne” campery – zbudowane na bazie zwykłych dostawczaków. Z zewnątrz wyglądają jak blaszak od kuriera, w środku kryją mały świat.

Jednym z takich pojazdów jest Renault Trafic przygotowany we współpracy z Wavecamperem. To kontynuacja tematu, który poruszałem już w testach z 2023 i 2024 roku. Teraz przyszła pora na edycję po sezonie – bo to wtedy taki pojazd pokazuje pełnię swoich zalet.
Trafic – idealna baza do ukrytego kamperowania
Popularny dostawczak, niezwracający na siebie większej uwagi, jest tutaj ogromnym plusem. Trafic nie wygląda jak dom na kółkach. Nie ma bocznych „bąbli”, nie ma wielkich okien kempingowych, nie ma krzykliwych napisów. Większość przechodniów przejdzie obok, sądząc, że to samochód pracownika jakiejś firmy budowlanej.

Maskowanie ma jednak swoją cenę. Przestrzeni jest mniej niż w pełnowymiarowym kamperze. Ale coś za coś. Wolę mieć mniej miejsca, a większy spokój i swobodę działania.
Silnik, jazda, pierwsze wrażenia
Pod maską pracuje dwulitrowy diesel o mocy 170 KM. Dla mnie wybór idealny – mocny, elastyczny, a przy tym oszczędny.

Bez silenia się na ekodriving spalanie oscyluje w okolicach 7 l/100 km. Przy trasach liczonych w setkach, a czasem w tysiącach kilometrów, każdy litr zaczyna mieć znaczenie. Do tego zasięg 800–900 km na jednym tankowaniu daje psychiczny komfort: mogę jechać przed siebie i tankować wtedy, kiedy chcę, a nie kiedy muszę.

Prowadzenie? Tu bez zaskoczeń: jedzie się jak długim dostawczakiem, bo… to jest długi dostawczak. Trzeba pamiętać o wystającym tyle, zwłaszcza przy ciasnych skrętach. Kierowcy przyzwyczajeni do małych hatchbacków będą musieli na chwilę „przestawić głowę”. Ale za to pozycja za kierownicą — wysoka, pewna, panoramiczna — jest czymś, za czym później potrafi się tęsknić. Do tego duże lusterka i kamera cofania robią robotę.
Wnętrze – mały świat w blaszakowej skorupie

To, co w tym samochodzie najważniejsze, kryje się w jego środku.
Sypialnia
Zacznę od tego, co dla wielu jest najtrudniejsze: spanie. Trafic w tej konfiguracji to praktycznie dwuosobowy camper, mimo że miejsc siedzących jest więcej. W cieplejszych miesiącach można korzystać z namiotu dachowego — wtedy nawet cztery osoby znajdą swoje miejsce. Ale jesienią? Szkoda czasu na rozkładanie.

Pozostaje rozkładana platforma w tylnej części auta. Wygodna, równa, wystarczająco długa. Jedyny minus to mniejsza przestrzeń nad głową – jeśli ktoś gwałtownie siada w nocy, może zaliczyć spotkanie z sufitem. Ale jeśli śpicie spokojnie, wszystko jest w porządku.

Okna można zasłonić matami termoizolacyjnymi, które skutecznie zatrzymują światło i ciekawskie spojrzenia.
Kuchnia i jadalnia
Kuchenka gazowa z dwoma palnikami, zlewozmywak, lodówka – kompletna kuchnia, której nie powstydziłby się niejeden domowy aneks.

Przy obecnych temperaturach to właśnie wnętrze staje się też jadalnią. Fajnie, że zachowano stolik mocowany do szafki — szybki, praktyczny patent.

Markiza i stolik zewnętrzny są, ale niestety… zniknęły fabryczne krzesełka. To krok wstecz. W poprzedniej wersji miały swoje stałe miejsce pod półką i panował porządek. Teraz trzeba kombinować i zabezpieczać własne na czas jazdy.
Łazienka? Prawie
Prysznic jest – zewnętrzny. I w teorii nic nie stoi na przeszkodzie, by się nim posłużyć. W teorii… bo w praktyce październikowa aura raczej nie zachęca do kąpieli pod chmurką. Zimą to wręcz sport ekstremalny. W każdym razie – jest, działa, ale to raczej opcja awaryjna.
Zimno? To nie problem. Problemem jest prąd
Kwestia, którą wszyscy się stresują: czy zamarznę?

Spałem już w namiocie przy ujemnych temperaturach, więc tu mam luz. A Trafic ma bardzo skuteczne ogrzewanie, które można programować i regulować do woli. W praktyce w środku jest naprawdę przytulnie.

Ale jest haczyk: wszystko działa na prąd, a prąd… lubi się kończyć.

Są panele fotowoltaiczne, owszem, ale jesienne krótkie dni i pochmurne niebo sprawiają, że wielkiego pożytku z nich nie ma. Kiedy jedziemy – problem znika, bo alternator robi swoje. Gorzej, gdy staniemy na dwa–trzy dni w jednym miejscu. Wtedy zaczyna się lekkie liczenie każdej watogodziny.
Na campingu podłączylibyśmy się pod słupek i po sprawie. Ale w naturze? Tu trzeba kombinować. Mnie udało się dogadać z zarządcą zamkniętego parkingu. Kilka złotych, cztery godziny ładowania i znowu pełna niezależność. Ale to temat do dopracowania – przydałaby się większa bateria albo wydajniejsza instalacja solarna.
Jesień — najlepsza pora, by odkrywać Polskę
Październik to miesiąc loteria: może być złota jesień, może być przedsmak zimy. Mnie to nie przeszkadza. Ciepłe rzeczy spakowane, ogrzewanie działa, a krajobrazy… zupełnie inne niż latem. Mgły, puste drogi, brak tłumu. Trafić na miejsce, w którym nikogo nie ma, a obok stoi tylko kilka drzew i jezioro – bezcenne.

Trafic w takich warunkach sprawdza się świetnie. Nie rzuca się w oczy, nie wzbudza sensacji. Można zatrzymać się na leśnym parkingu, na uboczu, na polanie – byle zgodnie z przepisami. To właśnie uroki „stealth-campera”. Mały, niepozorny, a dający ogromne możliwości.
Podsumowanie – mały wielki camper
Renault Trafic Camper od Wavecampera to nie jest pojazd dla każdego. Nie ma luksusów pełnowymiarowego kampera, nie ma gigantycznej przestrzeni, salonu, prysznica z prawdziwego zdarzenia. Ale ma wolność. Tę prawdziwą, pozbawioną komercyjnego ozdobnika.

To kamper dla tych, którzy chcą jechać tam, gdzie prowadzi droga. Dla tych, którzy chcą się „zaszyć” w naturze bez zwracania na siebie uwagi. Dla tych, którzy kochają prostotę i autentyczność podróży.
W moim przypadku – to kolejny krok w odkrywaniu Polski po sezonie. I powiem jedno: właśnie wtedy campervaning ma największy sens. To nie jest ucieczka od wygód. To powrót do wolności.
Tekst i zdjęcia: Dariusz Pastor