Auto w Pracy

Slideshow Image Slideshow Image Slideshow Image

Wystarczy jedno spojrzenie, aby zakochać się w Swiftcie. Dynamicznie poprowadzona linia nadwozia podkreślona dwukolorowym malowaniem musi się podobać.  Taki wygląd daje na starcie parę punktów przewagi nad konkurencją, ale z drugiej strony rozbudza nasze oczekiwania.  

Suzuki postawiło na niebieską stronę mocy i większość oferowanych modeli to wersje hybrydowe. W zasadzie to wszystkie osobowe, bo Jimny został ciężarówką.  Swifta także wyposażono w układ hybrydowy typu „mild hybrid”. Działa to tak, że silnik spalinowy o pojemności 1,2 litra  jest wspomagany dodatkowym momentem obrotowym (do 50 Nm). Ma być szybciej i taniej, a i jeszcze środowisko się ucieszy, bo będzie mniejsza emisja CO2. Same plusy, które nie wymagają od nas wysiłku. Samochód sam pozyskuje energię podczas hamowania, a my nawet nie musimy wiedzieć, że jest taki system w aucie.  Żadnych kabli czy szukania punktów ładowania.

Złoto- srebrny samochodzik mierzy 3845 mm długości, czyli wyzwanie dla projektantów. Swift często jest jedynym autem w domu, więc wnętrze musi być dość uniwersalne, aby sprostać wymaganiom. Wnętrze prezentuje się dobrze, ale przy tak dynamicznym wyglądzie zewnętrznym jest zbyt spokojne. Przydałoby się kilka akcentów podkreślających zadziorny charakter auta.  Tylko czy na pewno taki jest charakter tego samochodu, przecież nie jest to wersja sport, chociaż tak wygląda.

Biała wstawka w desce rozdzielczej to dobry krok i warto byłoby pójść tą drogą.  Zegary także są mocnym punktem Swifta. Właśnie tego oczekiwałem.

Klasyczne, okrągłe tarcze w czerwonych pierścieniach kojarzą się ze sportowymi autami. Nic dziwnego, dokładnie taki sam zestaw wskaźników jest w Swift Sport.

    

Ma też te same funkcje, chociaż przybyła jedna infografika o przepływach energii.

Unifikacja objęła również konsolę centralną ze stacją multimedialną. Audio, nawigacja, telefon i ekran kamery cofania. Nie jest źle, ale pora już myśleć o odświeżeniu zestawu. Przydałby się nieco większy wyświetlacz, a przede wszystkim możliwość wyświetlania nawigacji bezpośrednio przed kierowcą. Może to być na tablicy zegarów lub można zastosować wyświetlacz head-up.

W ogóle ten Swift jest w dość zaskakującej konfiguracji. Hybryda z automatyczną skrzynią biegów kojarzy mi się z mocno doposażoną wersją.  Wsiadam, szukam przycisku „start” a tu niespodzianka. Jest stacyjka i tradycyjny kluczyk. Drugą niespodzianką jest manualna klimatyzacja.  Automatyczna klimatyzacja i system bezkluczykowy  dostępne są dopiero w wersji „elegance”. Problem w tym, że Swift z automatyczną skrzynią biegów nie występuje w najwyższej wersji wyposażenia „elegance” 

Ciekawe skąd taka decyzja Suzuki, bo raczej nie wynika to z chęci cięcia ceny.  Mój Swift 1,2 2WD CVT w wersji Premium Plus kosztuje 70500 zł, więc jeszcze te parę tysięcy dopłaty nie zrobiłoby wielkiej różnicy.  Czy warty jest tych pieniędzy, wkrótce się okaże. Zadecydują tu subiektywne odczucia z jazdy.

Miało być szybciej, taniej i bardziej eko. Ten ostatni parametr najmniej mnie interesuje, bo i tak nie mam jak sprawdzić poziomu emisji CO2. Lepiej zająć się tymi pierwszymi. Nowy Swift Hybryda ma moc 83 KM, czyli 11 mniej niż poprzednik z tą samą pojemnością silnika. Moment obrotowy też mniejszy o 11 Nm. Na plus trzeba zaliczyć, że nowy jest trochę lżejszy, ale czy to zrekompensuje mniejszą moc.  Pierwsze kilometry po wyjechaniu z salonu obiecują sukces. Muszę jednak wziąć poprawkę, że tu działa efekt zauroczenia nowością. Mocne wciśnięcie gazu, niespecjalnie przekłada się na to czego bym oczekiwał. Więcej hałasu niż przyśpieszenia, a i dźwięk daleki od ryku wyścigówki. Jeżeli  nie traktujemy ulic jako toru wyścigowego to nie jest źle. Rekompensatą będzie  faktycznie nieduże spalanie. W sprzyjających warunkach, wynik da się zamknąć w 6 litrach, ale nie zawsze jest tak dobrze, więc nie bądźmy zdziwieni jak spalanie poszybuje w okolice 8 litrów na 100 km. Ja przeważnie widzę 6 z przodu, a to jest więcej niż dobrze jak na miejskie warunki. Kolejnym atutem w mieście są rozmiary auta, co ułatwia wszelkie manewry na drodze i podczas parkowania. Tu przydaje się kamera cofania i czujniki. Na tym nie warto oszczędzać.

W trasie można pobawić się w eco driving. Ciekawe do ilu da się zejść.? Jestem mile zaskoczony, ponieważ średnie spalanie oscyluje wokół 4 l/100km. Przez chwilę pokazał się wynik 3,9l/100km, ale na koniec kilkudziesięciokilometrowej trasy wyszło 4,1l/100km.  Wyniki lepsze od tych w katalogu Suzuki. Co prawda, taka jazda wymaga utrzymania dyscypliny. Delikatnie przyśpieszać i nie rozwijać nadmiernej prędkości. Z tym ostatnim nie ma problemu, nasi ustawodawcy naustawiali tyle ograniczeń prędkości, że wystarczy tylko ich przestrzegać. Jeżeli poluzujemy narzucony sobie rygor to też tragedii nie będzie, wynik z piątką z przodu też nie jest zły.  Wynik dobry, tylko że w poprzednich wersjach też można było osiągnąć podobne rezultaty, a mocy było więcej. Szczególnie w wersji 1,0 Boosterjet, moc 110 koni dawała naprawdę dużo przyjemności z jazdy. Przyśpieszenie od 0 do 100km/h zajmowało tylko 10,6 sekundy, teraz 13,1 sekundy. Taką różnice trudno nie zauważyć. Wychodzi na to, że eko wynalazki spiłowały pazury Swifta.

Jeżeli będziemy chcieli wycisnąć z naszej hybrydy więcej życia, to trzeba odnaleźć niepozorny przycisk „S” na dźwigni biegów.  Różnicę szybko zauważymy, chociażby na obrotomierzu. Dynamika faktycznie jest lepsza, ale ciągle nie czyni to z auta demona szybkości.  Jeżeli szukamy sportowych doznań w Swiftcie to polecam Swifta Sport.  Wygląda podobnie, ale całkiem inna charakterystyka auta. (Test Suzuki Swift Sport).

Zadziorny wygląd auta w tej wersji nie ma pokrycia w realnych osiągach. Trochę szkoda, ale trzeba uczciwie powiedzieć, że dla wielu użytkowników nie jest to priorytetem, a nawet więcej, nie zawsze jest to pożądaną cechą. Na miejscu kierownika floty, wolałbym dać pracownikowi właśnie takie spokojne auto, niż prowokować sportowym wariantem.

Wróćmy do naszej „cywilnej” wersji Swifta. Jeśli nie sport, to funkcjonalność auta musi być priorytetem. Małe gabaryty nie są równoznaczne z ciasnym wnętrzem. Swift bez problemu mieści cztery osoby i zapewnia im dobre warunki podróży. Zmieści się i piąta osoba, ale to już rozwiązanie awaryjne.  Dla nas kierowców, istotne są warunki w jakich przyjdzie nam spędzić sporo czasu. Kilka godzin za kółkiem to wyzwanie, któremu nie łatwo sprostać. 

Wygodny fotel to podstawa, nie może być ani zbyt twardy, ani za miękki. Suzuki dobrze wywarzyło te cechy i nawet po kilkuset kilometrowej trasie nie czujemy nadmiernego zmęczenia. W prowadzeniu pomaga nam cała masa systemów. Część z nich daje o sobie znać i potrafi nas to irytować. 

Na szczęście można wyłączyć ich działania, ale czy warto ? Na zlodowaciałym śniegu wyłączyłem kontrolę trakcji i  silnik wyje, obroty szaleją, a auto jeździe jak na łyżwach. Włączam ESP i problemy znikają, auto jedzie jak po sznurku. Prosty eksperyment i człowiek nabiera szacunku dla techniki.  Jak mam już takie fajne zimowe warunki, skutecznie działający wyłącznik trakcji to do szczęścia potrzebujemy  tylko ręczny hamulec z tradycyjną dźwignią. Mam wszystko, aby robić to co zakazane, a powinno być obowiązkowe dla każdego kierowcy.  

Pora na ocenę Swifta i mam problem. Za sam wygląd mógłbym dać 10 punktów w 5 punktowej skali. Samochód który tak wygląda rozbudza emocje i oczekiwania. Do tego miałem poprzednie wersję Swifta. Swifta Sport pominę bo to trochę inna liga, ale 1,0 BOOSTERJET to dobry punkt odniesienia. Skoro poprzednik zachwycał trakcyjnymi walorami, to od następcy oczekiwałem jeszcze lepszych wyników. Niestety, Suzuki nie poszło tą drogą, może aby nie robić konkurencji dla Swifta Sport.  Hybrydowy Swift jest wersją „cywilną”. Wygodne, zwrotne autko z niewielkim spalaniem i obłędnym wyglądem drapieżnika.  Jest powiedzenie „wilk w owczej skórze”, w przypadku Swifta Hybrid powiedzenie zostało odwrócone i mamy „owce w wilczej skórze”.

Tekst i zdjęcia: Dariusz Pastor