
Czas, kiedy limuzyna była obiektem najwyższego pożądania, już minął. To miejsce zajęły wielkie SUV-y. Faktycznie są wygodniejsze, bardziej funkcjonalne. Są duże, drogie, rzucają się w oczy, ale nie mają już tej klasy.
Duży sedan ciągle jest wizytówką firmy, a co za tym idzie musi sprostać presji oczekiwań klientów. Nie każda firma ją udźwignęła. Sporo wycofało z oferty duże sedany, zastępując je SUV-ami. Skoda na szczęście nie poszła tą drogą. Superb jest flagowym modelem marki. Duży sedan z aspiracjami do nazwy limuzyna.

W praktyce to liftback, ale wygląda jak klasyczny sedan, więc tak będę go tutaj nazywał.

Superb mierzy 4912 mm długości, 1894 mm szerokości i 1481 mm wysokości. Rozmiary budzą szacunek. Większość sedanów, a nawet popularnych SUV-ów, zostaje wyraźnie w tyle. Oczywiście takie gabaryty przekładają się na przestronność wnętrza, ale o tym później.

Superb to tradycyjna szkoła projektowania. Samochód wygląda jak sedan, bez szukania nowej drogi i stylistycznych fikołków tylko po to, żeby się wyróżnić. Moim zdaniem w tej klasie nawet nie wypada kombinować. Klasyczny wygląd nie znaczy brzydki czy staroświecki, wręcz przeciwnie – limuzyny dają duże pole do popisu projektantom. Superb zachowuje klasyczne proporcje z płynnie poprowadzoną linią. Wyszczuplona sylwetka, zaostrzone linie i w efekcie mamy elegancję ze sportowym zacięciem.
W wersji Sportline dyskretnie podkreślono kilka detali. Czarny spoiler na klapie bagażnika, czarne lusterka i lekko obniżone zawieszenie. Takie podejście idealnie wpisuje się w moje oczekiwania. Wiem co mam i to jest dla mnie, a nie na pokaz.

Sportowy styl jak najbardziej tu pasuje. Ta Skoda ma 265 KM i 400 Nm momentu obrotowego. To zapewnia benzynowy silnik 2.0 TSI. Tradycyjny, dwulitrowy benzyniak to już coraz rzadziej spotykana jednostka. W dobie zelektryfikowanych samochodów to nie byle gratka dla entuzjastów. Klasyczna motoryzacja – benzyna w sedanie.

Wnętrze też jest klasyczne dla Skody. Każda spalinowa Skoda ma bardzo podobny układ. Trudno się dziwić – to efekt wielu lat doświadczeń, dzięki czemu wszystko jest tam gdzie powinno. Oczywiście zmieniają się detale, dochodzą nowe funkcje, ale kierowca odnajduje się od razu. Można powiedzieć, że jak znasz jedną Skodę, to znasz wszystkie. To duża zaleta – nie trzeba odkrywać Ameryki na nowo.

Nawet jeśli są zmiany, to jest to ewolucja, a nie rewolucja. Dokładnie tak zmieniło się wnętrze w Superbie nowej generacji. Wprowadzono istotne zmiany, ale bez rozwalania całego schematu, tak żeby użytkownik czuł się znajomo. Jest tylko jeden warunek – najpierw trzeba poznać tę pierwszą Skodę.

Ustawień i funkcji jest naprawdę dużo. W tym modelu nie może być inaczej – w końcu to flagowiec. Na początek dopasowuję wnętrze pod siebie. Fotel – elektryczne sterowanie, ustawienia zapisane w pamięci. Potem lusterka i podłączenie telefonu. Minimum na start. Reszta, jak podświetlenie czy zegary, może poczekać – to już rzeczy pod nastrój.

Silnik uruchamiam przyciskiem, wybieram bieg i tu pierwsza istotna zmiana. Sterowanie automatem przeniesiono na kolumnę kierownicy. Całkiem dobre rozwiązanie. Ułatwia obsługę i zwalnia miejsce na tunelu środkowym.

Teraz mamy tam dwa zamykane schowki, a po zasunięciu przesłony elegancką półkę. Super, to mój styl.
Druga zmiana – pokrętła klimatyzacji stały się przyciskami wielofunkcyjnymi. Obsługują nie tylko klimę, ale też podgrzewanie foteli czy tryby jazdy.

Zmienił się też wystrój wnętrza. Żebrowany panel z nawiewami na desce jest dość oryginalny i w sumie całkiem ładny. Dodaje charakteru. Dbałość o detale to mocna strona Skody. Materiały są dobrze dobrane, przyjemne w dotyku. Nawet tam, gdzie można spodziewać się twardego plastiku, jest miękko. Kieszenie w drzwiach wyłożone welurem – dokładnie tego oczekuję w tej klasie.
Samochód uruchomiony, można ruszać. Pierwsze zaskoczenie to żywość auta. Lekkie muśnięcie gazu i auto od razu startuje jak do wyścigu. Tego się nie spodziewałem. Owszem, 265 KM to nie jest moc, która wyrywa z butów, ale reakcja na gaz jest bardzo szybka. Trzeba się przyzwyczaić i przy ruszaniu obchodzić się z nim delikatnie.
Na szczęście Skoda ma swoje systemy bezpieczeństwa i przy niskich prędkościach potrafi skutecznie zatrzymać się przed przeszkodą. Uchroni przed nieszczęściem, ale zrobi to dość brutalnie – lepiej wtedy nie trzymać kubka z kawą.

Wyjechałem, silnik pracuje bardzo przyjemnie. Czuć moc i że pochodzi ona z silnika, a nie z jakiegoś mikro wspomagania. To nie V8, ale 2 litry to nadal pełnowymiarowy silnik. Można powiedzieć, że KM to KM i nie ma znaczenia skąd się biorą. No… jednak ma. Odczucia są inne, gdy silnik słychać. Czy lepsze – każdy musi ocenić sam.

Dwulitrowy silnik w tej wersji generuje 265 KM i to obecnie najmocniejszy Superb. Osiągi są adekwatne – 250 km/h i 5,7 s do setki. Na papierze wygląda dobrze i w praktyce to się potwierdza. Jest moc, jest dynamika i wszystko w komfortowych warunkach.

Priorytetem jest komfort. Może jeszcze nie luksus, ale zdecydowanie komfort. Dużo miejsca dla wszystkich pasażerów, szczególnie z tyłu. Do tego bagażnik 690 litrów bez składania kanapy. Jak trzeba, można ją złożyć i zrobić z auta małą bagażówkę.

Można by jeszcze pisać o kosztach, ale to już ten poziom, że albo auto ci się podoba i je kupujesz, albo nie. Cena schodzi na dalszy plan. Moja Skoda kosztowała 261 800 zł. Można kupić taniej w tej klasie i dużo drożej. Warto tylko sprawdzić, co daje konkurencja – choćby fotele z masażem. Skoda ma i to z szerokim wyborem trybów. Działają bardzo skutecznie.

Zastanawiam się czy pisać o spalaniu, bo kogo to w tej klasie interesuje. Może księgowych. A Superb to bardzo dobre auto służbowe – wygodne, mocne, daje frajdę z jazdy i nie kłuje w oczy. Często zobaczymy je też w urzędach i samorządach.

A spalanie? Swoje musi spalić. U mnie średnio wychodzi około 9 l/100 km. To więcej niż deklaruje producent (7,5–8,1 l/100 km), ale… nie po to mam 265 KM, żeby z nich nie korzystać.
Tekst i zdjęcia: Dariusz Pastor