
Wprowadzenie nowego samochodu na rynek nie jest łatwym zadaniem, ale ewidentnie Omoda & Jaecoo ma na to swój patent. Wystarczył zaledwie rok, aby samochody tej marki zaczęły być widoczne na naszych drogach. W przepisie na sukces z pewnością ważnym punktem jest wybór modelu, który pokochają klienci. Pokochają i kupią, a żeby kupili, trzeba jeszcze zaoferować atrakcyjną cenę. Omoda 5 i Jaecoo 7 doskonale wpisały się w tę strategię. Efekty są widoczne na ulicach.

Popularne modele napędzają sprzedaż, ale wizerunek marki budują samochody, które budzą emocje. W ofercie Omody również jest taki model – Omoda 9 Super Hybrid. Samochód zadebiutował wiosną na Poznań Motor Show i od razu wzbudził spore zainteresowanie. 537 KM mocy oraz zasięg do 1100 km nie uszły mojej uwadze.

Zapowiadało się ciekawie. Od debiutu minęło kilka miesięcy, ale w końcu Omoda 9 doczekała się u mnie wolnego terminu i mogła zameldować się w grudniowym teście.

Liczy się pierwsze wrażenie. Nie liczę spotkania na poznańskich targach, bo w takim miejscu, w blasku fleszy, każdy samochód wygląda rewelacyjnie. Rzeczywistość bywa brutalna, ale nie tym razem. Omoda 9 w realnym świecie prezentuje się równie dobrze jak na show. Mierzy 4775 mm długości, 1920 mm szerokości i 1671 mm wysokości. Takie wymiary plasują auto wśród większych SUV-ów. A skoro większych, to automatycznie spodziewam się również bogatszego wyposażenia, a nawet – nie bójmy się tego słowa – odrobiny luksusu.
Podchodzę, klamka wysuwa się automatycznie i już jest dobrze. Chowane klamki to efektowny gadżet kojarzący się z nowoczesnością.

Otwieram drzwi i czerwona skóra od razu rzuca się w oczy. To kolor, który ma swoich zwolenników – ja do nich należę. Elegancja połączona ze sportowym charakterem. W Omodzie 9 bardzo dobrze współgra to z zabudową wnętrza. Wysoki tunel środkowy płynnie wkomponowano w deskę rozdzielczą, co daje wrażenie dobrze zagospodarowanej przestrzeni.


Na uznanie zasługuje spasowanie elementów – ciągłość detali oraz wzór przeszyć składają się na przemyślaną całość.

Do tego dochodzą kolejne elementy: pokrętła klimatyzacji, sterowanie foteli oraz panel zegarów, który w praktyce jest zestawem dwóch ekranów zamkniętych w jednej obudowie.

Elektronika w Omodzie 9 jest typowo „chińska”. Nie jest to ani minus, ani plus – po prostu trzeba się do niej przyzwyczaić. Nie jest to takie proste, ale o tym później.

Najpierw trzeba się wygodnie umościć za kierownicą. Poszło łatwiej, niż się spodziewałem. Fotel oferuje elektryczną regulację oraz pamięć ustawień. Jest też funkcja łatwego dostępu – fotel odsuwa się, aby ułatwić wsiadanie. Kierownica również ma elektryczną regulację. Pozostało ustawić lusterka i tym razem obyło się bez szukania osobnego panelu.

Skoro już jesteśmy przy fotelach, warto wspomnieć, że oprócz podgrzewania i wentylacji oferują one również funkcję masażu.


Podłączam telefon i można ruszać. Omoda 9 Super Hybrid to hybryda typu plug-in, czyli w uproszczeniu samochód, którego baterie można doładowywać z zewnętrznego źródła zasilania. Dla mnie to obecnie najlepszy rodzaj napędu – łączy zalety auta spalinowego i elektrycznego, oferując w zasadzie dwa samochody w jednym.

Pod maską Omody 9 pracuje benzynowy silnik o pojemności 1499 cm³ i mocy 143 KM, wspierany przez zestaw silników elektrycznych. Same jednostki elektryczne generują ponad 400 KM, choć oczywiście nie sumuje się to wprost z mocą silnika spalinowego. Łącznie daje to imponujące 537 KM mocy oraz 650 Nm momentu obrotowego. Takie parametry działają na wyobraźnię – pozostaje pytanie, czy jazda potwierdzi te oczekiwania.

Do sprawdzenia pozostaje jeszcze spalanie i zasięg. Producent deklaruje, że po zatankowaniu paliwa i naładowaniu baterii zasięg wynosi nawet 1100 km. Jeśli tak, to i spalanie powinno być na niskim poziomie.

Ruszam w drogę. Komputer pokładowy pokazuje potencjalny zasięg 978 km na benzynie oraz 123 km na prądzie. Na razie wszystko się zgadza. Średnie spalanie wynosi 6,7 l/100 km. Przy 70-litrowym zbiorniku paliwa wygląda to całkiem realnie, ale czy moje wyniki będą podobne?

Pierwsze 50 kilometrów pokonałem w mieście, głównie na napędzie elektrycznym. To akurat dobra wiadomość, bo w miejskich warunkach spalanie zazwyczaj rośnie. Zastanawia mnie jednak, dlaczego komputer pokazuje średnie zużycie benzyny na poziomie 5,5 l/100 km. Ruszam w trasę. Energia w baterii spadła, więc włączam tryb oszczędzania. Droga dwupasmowa, prędkość wzrasta, a spalanie wyraźnie rośnie – komputer pokazuje już 7,5 l/100 km. Prądu ubyło niewiele, więc wynik nadal jest przyzwoity.

Po powrocie do domu czas podłączyć samochód do gniazdka. Ładowarka jest elementem wyposażenia, jednak minusem okazuje się długość przewodu – pierwszy raz nie sięgnął do gniazdka. Przedłużacz okazał się kiepskim rozwiązaniem. Moc ładowania wynosiła zaledwie 0,5 kW, więc odłączyłem auto – takie ładowanie nie ma sensu.

Kolejne dni sprawiają, że samochód coraz bardziej mi się podoba. Jest wygodny, dobrze wyposażony i oferuje bardzo przyjemny system audio Sony. Dźwięk jest czysty, choć dojście do odpowiednich ustawień nie jest łatwe. Zrezygnowałem z programowania radia na rzecz własnej muzyki z USB. Działa, ale wymagało to chwili cierpliwości.

Wracając do elektroniki – wspominałem, że jest „chińska”, czyli inna, niż ta, do której się przyzwyczaiłem. To zupełnie normalne. Nowe auto, nowa marka i nowe rozwiązania. A że elektroniki jest tu naprawdę dużo, potrzeba czasu, aby się z nią oswoić. Sama elektroniczna instrukcja obsługi to kilkadziesiąt ekranów informacji. Informacje są dość ogólne, więc wiele rzeczy trzeba odkrywać metodą prób i błędów. Jest co poznawać, bo Omoda 9 jest dosłownie naszpikowana elektronicznymi ustawieniami.

Wracam jednak do kluczowego pytania: ile pali Omoda 9? Kolejna trasa – tym razem autostrada. Samochód zatankowany, prądu niewiele, więc wybieram wymuszony tryb rekuperacji. Faktycznie działa – poziom energii zaczyna rosnąć. Co ciekawe, nie do końca pokrywa się to z tym, co pokazuje komputer. Przy dopuszczalnych 140 km/h, ładowaniu baterii i średnim spalaniu 6,0 l/100 km coś się nie zgadza – intuicyjnie spalanie powinno rosnąć. Podejrzewam, że winny jest sposób liczenia średniego spalania z ostatnich 50 km, co potrafi mocno zaburzyć obraz sytuacji. Zdarzały się też wyniki mniej optymistyczne – wolniejsza jazda, bez rekuperacji, a spalanie przekraczało 10 l/100 km.

Próbowałem dojść do sedna, porównując przejechane kilometry z ubytkiem zasięgu. Wymuszone odzyskiwanie energii potrafi skrócić zasięg o 10–15%, co rodzi kolejne pytanie: lepiej spalić więcej paliwa czy skorzystać z publicznej ładowarki? Najlepszym rozwiązaniem pozostaje ładowanie w domu. Przy dziennych przebiegach rzędu kilkudziesięciu kilometrów mamy tanią eksploatację – w dzień jeździmy, w nocy ładujemy. W trasie sytuacja wygląda gorzej. Szybkie ładowarki są wygodne, ale kosztowne – cena 1 kWh potrafi przekroczyć 3 zł. Wolniejsze ładowarki są tańsze, lecz wymagają więcej czasu.

Szczerze mówiąc, nadal nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, ile naprawdę pali hybrydowa Omoda 9. Jedno jest jednak pewne – jak na 537 KM mocy, w każdym wariancie wypada to bardzo dobrze. Moja realna średnia mieściła się w przedziale 6–8,5 l/100 km, przy czym nie stawiałem specjalnie na oszczędną jazdę. Przyspieszenie od 0 do 100 km/h zajmuje zaledwie 4,9 sekundy i trudno się powstrzymać, by z tego nie korzystać. Oczywiście, jeśli ktoś uczyni z osiągów priorytet, spalanie bez problemu wyjdzie ponad te wartości.

Pozostaje jeszcze kwestia ceny. Patrząc na wygląd, moc i wyposażenie, chciałoby się powiedzieć, że dżentelmeni o pieniądzach nie rozmawiają, ale w tym przypadku granica ta nie została jeszcze przekroczona. Omoda 9 została wyceniona na 219 900 zł.

Omoda 9 Super Hybrid pokazuje, że nowi gracze na rynku nie zamierzają stać w cieniu. 537 KM mocy, napęd plug-in hybrid, przestronne wnętrze i wyposażenie, którego nie trzeba doposażać – to wszystko robi wrażenie już na papierze, a w praktyce potrafi zaskoczyć jeszcze bardziej.
Tekst i zdjęcia: Dariusz Pastor