Auto w Pracy

Slideshow Image Slideshow Image Slideshow Image

 

Zazwyczaj pisałem jako organizator, tym razem jako uczestnik.

Definicji na zlot nie podaje nawet wikipedia, nic dziwnego, to nie jest impreza z katalogu firm eventowych.  Każdy zlot jest inny, a pomysłów tyle ilu organizatorów. Wszystko zależy od tego kto i dla kogo organizuje zlot. 

Zloty Klubu Suzuki mają formułę imprez turystyczno-sportowych dla całych rodzin.  Bez ciśnienia na wyniki czy ekstremalną eksploatację samochodów,  bardziej liczy się odpoczynek i dobra zabawy.

My też wybieramy się całą rodziną

Czwartek.

Zlot zaczyna się dzisiaj, ale właściwy program jest dopiero od jutra. Czwartek to dzień przyjazdów, aby w piątek od rana realizować program zlotu. Jeśli ktoś ma daleko, a ludzie na takie imprezy potrafią przyjechać z drugiego końca Polski, a nawet i z zagranicy, to na prawdę dobre rozwiązanie. Przyjazd dzień wcześniej ma jeszcze inne zalety, zwłaszcza dla tych, dla których jest to pierwsza taka impreza. Jest czas na spokojne wejście w nową grupę. 

Jest coś jeszcze, co można wyczytać pomiędzy wierszami programu. Piątek to dzień bez samochodu, więc jeśli myślimy o "głębszej" integracji, to tylko dziś.

Jest tylko jeden problem, czwartek to normalny dzień pracy. W naszym przypadku nie będzie łatwo. Ani z pracy, ani ze szkoły nie można się urwać, ale to mały problem. Musimy jeszcze podrzucić komuś psa. Można zwierza zabrać na zlot, ale nie jest to komfortowe rozwiązanie. Tym razem to i tak odpada, bo bierzemy auto prasowe do testu. Tak przy okazji upieczemy dwie pieczenie na jednym ogniu, czyli załatwimy zlot i test nowej Vitary.  Pełna mobilizacja, na styk, ale powinno się udać.

Telefon z Suzuki załatwia sprawę, auto będzie dopiero po południu. To już nie ma co się napinać, pojedziemy rano.

Piątek

Do przejechania mamy 140 kilometrów, to jakieś dwie godzinki. Nie tak dużo, a że kajaki o 10.00 to nawet nie trzeba zrywać się o świcie. Jesteśmy nawet przed czasem. Kilka Suzuk w jednym miejscu, więc to musi być ten ośrodek. Z resztą nie ma tu innych budynków. Wjeżdżamy.  Nie ma wątpliwości, znajome samochody i brama Suzuki - jesteśmy w bazie.  Brakuje tylko ludzi - no tak przecież to pora śniadania.  Telefon do orga i już wiemy, że mamy odebrać z recepcji klucze do pokoju. Minęły czasy PRL-owskich domków z dykty, teraz pokój z łazienką to standard. My mamy nawet jedno łóżko więcej. Ciekawe czy dostaniemy sublokatora?

Chwila na ogarnięcie się, rzut oka za okno co z pogodą. Jest ok, więc kajaki nie spadną z planu. Idziemy na zbiórkę. Teraz nie jesteśmy sami.  Powitania, jest trochę znajomych i cała masa nowych twarzy.   Sporo chętnych na kajaki, miały być dwie grupy a będzie trzy.

Pierwsza 20 osobowa grupa za chwilę ma wyruszyć. Dostaliśmy do niej przydział. Będą dwa pojazdy. Bus i bryczka, a w zasadzie to wóz konny. Dzieciaki obstawiają bryczkę. Kurczę, czy to wszystko nasze, czy jakaś zielona szkoła się dołączyła.  Podobno nasze, no cóż, trzeba się cieszyć, że rośnie nowe pokolenie.  10 kajaków po dwie osoby, to coś mi się rachunek nie zgadza. Wygląda, że zabraknie kajaków.  Pojedziemy w następnej  turze. Czekamy na powrót busa. Przyjedzie, załaduje kolejne kajaki i zabierze następne 8 osób.  

Pogoda się psuje. Jest ciepło, ale zaczyna pada, przez chwilę nawet leje. Bus wrócił, zapakował kajaki i nie mieści się pod dmuchaną bramą. Jakieś cuda, na szczęście jest jeszcze drugi wyjazd. Śmigamy bocznymi drogami,  coś tam puka, kajaki hałasują, ale widać tak ma być, bo kierowca nic sobie z tego nie robi.  Przejazd busem też fajny, ale główną atrakcją ma być spływ kajakowy.  Nad wodą okazuje się, że obliczenia były poprawne. Jedna osada z pierwszej grupy została na brzegu, bo zabrakło kajaka. Teraz dostają w pierwszej kolejności. Moment i tyle ich widzieliśmy, czyżby chcieli dogonić swoją grupę?

Nasza grupka liczy tylko 8 osób. Pogoda się poprawiła, ledwie kropi. Za chwilę nawet wychodzi słońce.  Płyniemy w cztery kajaki. Trzy zielone i jeden czerwony. Wydawałoby się, że kolor nie ma znaczenia, ale dlaczego zielone płyną prosto, a czerwony kręci się w kółko? Hipotezy są różne, jedna z nich mówi, że czerwoni chcą się urwać na romantyczne rendez-vous. Trzeba przyznać, że okoliczności przyrody sprzyjają takim planom. Rzeka jest wyjątkowo urokliwa. Początkowo silny nurt, prawie jak w górskim strumieniu, jest nawet próg do pokonania. Takie przeszkody bierze się na wprost, ale czerwoni pokazali, że bokiem też można. Dalej woda jest bardziej leniwa. Pomimo, iż płyniemy w grupie,  to siła spokoju rzeki jest tak wielka, że można się wyciszyć. Miało być półtorej godziny wiosłowania, a wydaje się, że dopiero co odbiliśmy od brzegu.  Może trzeba pomyśleć o większym spływie kajakowym w wakacje?

Dopłynęliśmy do plaży przy ośrodku. To niestety koniec trasy. Koniec, to koniec, chociaż później się okaże, że można było płynąć dalej, aż do samej Wisły.  Dobra, są jeszcze inne atrakcje. Młody bierze się za szykowanie sprzętu wędkarskiego. Po obiedzie konkurs w łowieniu ryb.

Na wodzie została jeszcze jedna grupa. Dzwoni telefon i okazuje się, że to właśnie informacja od nich. Jest poważny kandydat to pucharu.  Redakcja portalu autowpracy.pl  ufundowała puchar za wydarzenie zlotu. 

Takie niepowtarzalne trofeum nie jeden chciałby zdobyć, ale nie jest to prosta sprawa.  Próbować można, ale chyba nikt nie spodziewał się tak szybkiego ataku.  Wypaść w pełnym umundurowaniu z kajaka do wody, to już coś. Całkiem dobra strategia, już na początku pokazać kto tu się liczy w walce o puchar. Z tego co słyszę, to cała ta grupa jest mocna i mogą nie zmieścić się w limicie czasu. No cóż, najwyżej nie zdążą na obiad.

Już po obiedzie, pora na konkurs wędkarski.  Wiedziałem, że nawiedzonych nie brakuje, ale że będzie ich aż tylu. Przecież to Klub Suzuki, a nie koło wędkarskie. Co niektórzy to całkiem dobrze przygotowani, żadnej tam partyzantki tylko porządny sprzęt, przynęta i licho wie co tam jeszcze mają w skrzyneczkach.  Dobrze, że dzieciaki poszły nad mały staw, bo inaczej to chyba zabrakłoby miejsca na brzegu rzeki.  Nudy, idę zobaczyć co dzieje się w innych miejscach.

Na boisku trwa mecz siatkówki, to też nie moja bajka.  Są konie, w końcu jesteśmy w stadninie koni.  Koń jaki jest każdy widzi, ale dziś pojeździć mogą tylko dzieci. Pojeździć to lekko naciągnięte określenie, siedzą na koniu, a konia prowadzi stajenny. Dla dzieciaków to jednak atrakcja, na co dzień mają tylko konie mechaniczne.

Szukam dalej zajęcia. W razie czego zostaje internet, jest zasięg i niekodowane wi-fi. Tylko, że po to nie trzeba jechać na zlot. 

O stoją sobie nowe Vitarki. Cztery sztuki koło siebie. Jak na model, który dopiero co trafił do sprzedaży, to niczego sobie reprezentacja. Czyżby w Polsce tak się poprawiło, że ludzie kupują nowe samochody, jak świeże bułeczki. Niestety nie, wszystkie Vitary to samochody pokazowe.  Nie mniej, jest na co popatrzeć. Można się nawet przejechać. Wprawdzie tylko jednym autem, ale dobre i to. Całe szczęście, że w Japan Motors, rozumieją, że auto to nie obiekt muzealny.  Na jazdę próbną się nie piszę, bo przecież przyjechałem Vitarą, ale pogadać o samochodach można zawsze.  Rozmowa się rozkręca, a tu czas szykować się do kolacji. Najpierw trzeba zebrać rodzinkę.  Powinni być nad wodą.

Przechodzę koło stawiku. Dzieciaki mają branie, praktycznie co rzut, to ryba. Takiego szczęścia brakuje mastersom na brzegu rzeki. Na nic nęcenie, przynęty i super sprzęt. Zaklęcia i inne czary widać też nie pomagają,  kompletna posucha. Jedna marna rybka na haczyku. Nie jest to wybitne osiągnięcie, bo dzieciaki takie pizdryki wyciągają ze stawu co chwila. Koniec tej nie równej walki idziemy na kolacje.  Wieczerza w formie szwedzkiego stołu.  Jakoś szybko zaczynają znikać produkty ze stołu, po chwili zostają tylko puste talerze. Jakbym miał deja vu. Drugi Zlot Klubu w Brodnicy, tam też była walka o przeżycie.  5 minut i puste talerze. Było, zniknęło, kto się spóźnił to miał problem.  Tu jest lepiej, braki są przejściowe.  Potrawy wracają, nie wszystkie naraz, ale można upolować pomidorka z jednej dostawy, wędlinkę z drugiej. Normalne życie zlotowe. Nas jest dużo, a obsługi mało.

Po kolacji wieczorek towarzyski. Zakazów nie ma, ale podobno alkomat na rano przygotowany. Mają sprawdzać  kierowców.    

Ciąg dalszy : Dzień drugi cz.1