Auto w Pracy

Slideshow Image Slideshow Image Slideshow Image

Następca modelu który odniósł sukces nie ma łatwo. Presja, aby nie być gorszym od poprzednika nie zawsze dobrze wpływa na efekt końcowy. Łatwo przedobrzyć i zamiast sukcesu klapa.

Projektantom Renault postawiono  właśnie tego typu zadanie.  Stworzyć nowego Captura. Na pozór proste zadanie. Wziąć ze starego najlepsze elementy i dołożyć to czego brakowało.  Podobnie pomyśleli konstruktorzy.  Na pierwszy rzut oka wygląda dobrze. Patrząc na nowego Captura nie ma wątpliwości, że jest to kontynuacja udanego projektu.  Bryła karoserii zachowała swój oryginalny kształt, ale co ciekawe nadwozie wygląda na większe i …… lżejsze.

 

Charakterystyczna, czarna wstawka na drzwiach ocalała, więc dalej autko wygląda jak concept na wielkich kołach. Normalnie, aż chce się jechać w teren. Nie ulegajmy pokusie, to tylko wizualny efekt. Captur nie jest terenówką.

Przód auta uległ delikatnemu przemodelowaniu. Główna zmiana objęła reflektory.  Kły w kształcie litery „C”, typowe dla nowych modeli marki trafiły także i tutaj.  Wspólne elementy budują wizerunek marki. Większe zmiany dotknęły tylnej części nadwozia.  

 

Trudno mówić o zmianach, jak zmieniło się prawie wszystko. Ta część nadwozia była najsłabszym punktem poprzednika, czuć było poprzednią epokę. W takim przypadku nie było innego wyjścia, niż zaprojektować ją na nowo. Teraz, wygląda to zupełnie inaczej, już nikt nie powie, że trąci myszką.   Duża w tym zasługa nowych tylnych świateł, oczywiście w kształcie litery „C”.

Nowy Captur zachował też dwubarwne malowanie. Tym razem dostałem biało złotą sztukę i przypadła mi ona mocno do gustu. Zmiany zewnętrzne nie są rewolucyjne, ale wystarczająco duże, aby mówić o nowym modelu. Zachowano też styl poprzednika, więc spokojnie mogę powiedzieć iż jest to kontynuacja modelu.

Czy wnętrze będzie ewolucją, czy może zmiany zaszły dalej? Nic prostszego niż otworzyć drzwi i się przekonać. System bezkluczykowy ułatwia zadanie. 

Stary Captur mocno odbiegał od tego, co oferowały nowsze modele Renault, więc spodziewam się istotnych zmian.  Nie było więc zaskoczenia, że wnętrze przeszło rewolucję.

Olbrzymi dotykowy ekran o przekątnej 9,3” dominuje na desce rozdzielczej.  Duży ekran to wygodne rozwiązanie, ale sposób jego zamontowania nie zachwyca mnie. Zdecydowanie bardziej odpowiada mnie wbudowanie ekranu w pulpit (tak jak w Talismanie lub Megane), niż takie jego doklejenie. Z praktycznego punktu widzenia, to dobre rozwiązanie, bo ekran jest na linii wzroku, jednak zaburza to moją wizję uporządkowania przestrzeni.

 

Kolejną dużą zmianą jest zestaw zegarów przed kierowcą. Cyfrowy zestaw wskaźników bije o głowę to co było do tej pory.  Zmiana kolosalna, choć czasem brak tej prostoty jaką oferowała pierwsza seria modelu.

Szczególnie żal sympatycznego paska sugerującego zmianę biegu. Postęp rządzi się swoimi prawami. Może nie wszystko nam potrzebne, ale otrzymujemy to w pakiecie nowoczesności.  Inna sprawa, że i tak nie mamy wyjścia,  elektronika jest wspólna w całej gamie modelowej Renault. 

Jest się czym pobawić, dobrze, że nie jest to pierwsze moje Renault, inaczej trzeba byłoby sporo czasu poświęcić na poznanie systemu. A tak, to tylko wybrać zegary, kolory, ustawić nawigację i w drogę.

 

Aby ruszyć, potrzebny jest jakiś napęd.  W moim Capturku, pod maską ukrywa się litrowy silniczek o mocy 100KM i 160Nm momentu obrotowego. To akurat najmniejsza jednostka w ofercie, za to w bogatej wersji wyposażenia. Jak się zastanowić, to może być ciekawa kombinacja. Zaoszczędzić na silniku, a zainwestować w komfort. Oczywiście pod warunkiem, że mały silnik da radę rozruszać auto.

W takim razie mówię sprawdzam i uruchamiam silnik. Jak na malucha jest dość hałaśliwym brzdącem. Nie jest to jakieś bardzo uciążliwe, podobnie było w poprzednim modelu. Za to na dynamikę nie mogę narzekać.  Nawet jestem mile zaskoczony.  Na jakieś sportowe emocje nie ma co liczyć, chociaż po włączeniu trybu „sport” zmienia się oblicze auta.  Różnica zauważalna, jakby ktoś dodał gazu. Brzmienie silnika też milsze dla ucha fanów motosportu. Niespodzianka, której nie spodziewałem się po litrowym silniczku. Oczywiście wyścigówka to nie jest, jednak i tak jest super. Przyznam, że małe silniczki co raz bardziej mnie przekonują. Po prostu, tym da się jeździć i to nie tylko na krótkich trasach. Prędkość maksymalna według producenta wynosi 173km/h.  W naszych realiach to wystarczająco dużo, aby zapłacić mandat.  Przepisy poprzeczkę ustawiły znacznie niżej,  a prędkości w aucie nie czujemy. Przekroczenie 90km/h jest praktycznie niezauważalne. Nie trzeszczy, nie stuka, auto się nie trzęsie, a na liczniku stówa i rośnie. Chcemy wyprzedzać, to wciskamy mocniej gaz i po sprawie. Nawet nie trzeba przełączać na „sport”. Pięciobiegowa skrzynia biegów także nie sprawia problemów. Dobrze zestopniowana, więc nie wymaga naszej ciągłej aktywności. Wygląda że wybór małej jednostki był całkiem trafny. Czy w takim razie, warto było też zainwestować w lepsze wyposażenie. Nawet jeżeli nie wszystko jest nam niezbędne, to jednak wpływa na nasze samopoczucie. Duża nawigacja nie podlega dyskusji, tak samo jak kamera cofania. 

Tu mam jeszcze lepiej bo kamerę 360 stopni.  Taki zestaw pozwala zaparkować niemal na centymetry. Oczywiście można korzystać z asystenta parkowania, czyli samochód sam zaparuje, ale to już tylko jeden krok do wyeliminowania kierowcy, a tego byśmy nie chcieli.  Systemów wspomagających kierowcę jest znacznie więcej. Część z nich jest tak oczywistych, że nawet zapominamy o ich istnieniu ,bo czy na przykład współczesny samochód może być bez ABS-u.  Po cichu wykonują swoją pracę. Są jednak takie które prawie krzyczą do nas, a tu prym wiedzie asystent utrzymania pasa ruchu. Mało przydatne, za to irytujące. Ostrzeżenie przed zbyt szybkim zbliżaniem się do innego pojazdu też powinno być pod kontrolą kierowcy, ale mamy tu pomoc kolejnego asystenta. Ten przynajmniej robi to sympatycznie, sygnalizując to kolorem i liczbą sekund jaka nam została do zderzenia. Tylko czy w krytycznej sytuacji będzie na to czas.

Na szczęście większość jak wspomniałem wykonuje swoją pracę bez nadmiernego absorbowania naszej uwagi. W takiej sytuacji możemy zająć się prowadzeniem. Z tym nikt nie powinien mieć problemów, bo autko prowadzi się niemal intuicyjnie. Do tego wnętrze jest na tyle obszerne, że zapewnia przestrzeń dla kierowcy i dla pasażerów.

Jest nawet spory bagażnik. Zwykle nie potrzebujemy całej objętości bagażnika (536 litrów), więc bardzo dobrym rozwiązaniem jest prosty patent z dwustopniową podłogą. To co zawsze wozimy ląduje pod podłogą, a bagażnik pozostaje pusty.

 

Kończąc przygodę z nowym Capturem trzeba podsumować koszty. Samochód z litrowym silnikiem możemy kupić już za 66 900 zł ( TCe100 Zen) ja wybrałem lepiej doposażoną wersję Intens.  Kosztowało to 9000 zł, trochę sporo, ale było warto.  Subiektywne odczucie jakbym przeniósł się do auta o klasę wyżej. Drugim istotnym parametrem jest spalanie. Jeżeli kupujemy auto z silnikiem o małej pojemności to liczymy na niskie spalanie. 

Średnia z całego testu wyniosło 6,5 l/100km. Trochę więcej niż podaje producent  (5,9 -6,2), ale i tak nie jest źle.  Rozbieżność nie jest wielka, ale pozostaję przy własnych pomiarach. 500 kilometrów przejechane w różnych warunkach są zdecydowanie bardziej wiarygodne niż jazda według schematu. Pamiętajmy jeszcze o kierowcy, jego styl jazdy potrafi znacznie zmienić wyniki.

 

Oceniając auto, spokojnie mogę powiedzieć iż nowy Captur ma szansę na sukces.  Główną zaletą modelu jest jego uniwersalność. Praktyczny samochód do codziennego użytku, a do tego w bardzo atrakcyjnym wydaniu.

Tekst i zdjęcia: Dariusz Pastor