Auto w Pracy

Slideshow Image Slideshow Image Slideshow Image

Koreańska motoryzacja na dobre zagościła na naszym rynku. Jeżeli ktoś powie, że to egzotyka, to znaczy, że nie ma pojęcia, o czym mówi. Kilkanaście ostatnich lat to nie tylko pościg za czołówką, a walka o miejsce wśród leaderów. Wyścig, który trwa i nie zwalnia tempa. 

SsangYong jest najmniej znaną u nas koreańską marką. Warto przyjrzeć się bliżej. W dobie powszechnej unifikacji, własny styl jest poważnym atutem i SsangYong ma to coś. Jedno spojrzenie i już wiemy, że ten samochód pochodzi z dalekiego wschodu. Azjatyckie rysy nie zawsze trafiają w gust Europejczyków, w tym przypadku nie ma z tym problemu. Mnie się podoba. Ładny i oryginalny. Znajdziemy kilka stylistycznych smaczków i parę praktycznych rozwiązań. 

Dzięki temu, że drzwi z osłonami zasłaniają progi nie wybrudzimy sobie nogawek przy wychodzeniu z auta.

Wnętrze nie pozostawia złudzeń. SsangYong jest na bieżąco z trendami. Trochę tracimy na oryginalności, ale tak teraz wygląda nowoczesność. Wygląda naprawdę dobrze. Trochę fortepianowego lakieru, satynowe srebrne wstawki i trochę błysku chromowanych dodatków.

Do tego dodajemy duży wyświetlacz dotykowego ekranu stacji medialnej i mamy przepis na wnętrze współczesnego samochodu.  Elegancja i nowoczesność.

Aby nie zepsuć efektu trzeba wszystko ładnie spasować i użyć dobrej jakości materiałów. W przypadku Korando nie ma z tym problemu. Materiały dobrze wyglądają i są przyjemne w dotyku.  Początek całkiem dobry, aż chce się usiąść za kierownicą, zwłaszcza, że fotele także wyglądają na wygodne. Elektryczna regulacja obu przednich foteli jest miłym akcentem wyposażenia. Fakt, testowany model nie jest bazową wersją Korando, ale przecież czasy kupowania przysłowiowego golasa mamy już za sobą. Teraz klient jest wymagający, szczególnie jeżeli nie jest to najtańszy model na rynku.

Samochód z segmentu SUV ma sporo zalet. Pierwszą z nich szybko odkryjemy. Wsiadanie jest dużo łatwiejsze niż w niskich osobówkach.  Wyżej siedzimy, więcej widzimy. Najpierw jednak rozglądam się po wnętrzu. W porównaniu do poprzedniego modelu zmiany są ogromne.

 

Tym razem określenie „nowy” jest całkowicie uzasadnione.  Spokojnie mogę powiedzieć, że jest to skok na wyższy poziom.  Widać to w wykończeniu szczegółów. Krągłości zastąpiono poziomymi liniami, które nie tylko porządkują przestrzeń, ale nadają jej szlachetności.  Zabudowana konsola wygląda zdecydowanie lepiej od plastikowej półki w starszej wersji. Zamiast tradycyjnej stacyjki przycisk „start” Jego użycie uruchamia silnik i budzi do życia zestaw wskaźników. Tej różnicy nie da się przeoczyć. Zamiast dość skromnych zegarów z fatalnym pomarańczowym okienkiem komputera, mamy cyfrowy wyświetlacz „super vision”. To nie jest już różnica poziomu, a skok cywilizacyjny.

 

Możliwości takiego urządzenia są na tyle duże, że rodzi się problem co wybrać. Klasyczne zegary, a może cyfrowy wyświetlacz. Jeżeli jedziemy z nawigacją, dobrym rozwiązaniem będzie wyświetlenie mapy  i tu też mamy wybór  - na cały ekran, czy może wystarczy mniejsze okienko  pomiędzy zegarami, albo tylko graficzna podpowiedź.

 

Można wybrać ustawienia według potrzeb, gustu, nastroju, albo tak pstrykać dla zabawy. Dla zabawy chyba nie, w końcu to jednak trzeba skoncentrować się na drodze. Automatycznego pilota na szczęście jeszcze nie zainstalowano. Są za to bardziej użyteczne elementy, jak choćby podgrzewanie kierownicy i foteli. Na tym nie warto oszczędzać, w chłodne dni bezcenne.

Jeżeli już zacząłem porównywać oba modele Korando to wrócę jeszcze do wyglądu zewnętrznego.

Poprzednik był ładnym sympatycznym grubaskiem, nowy wyrósł na mocnego SUVa z rysem terenówki. W oczy rzuca się zwłaszcza szerokość auta, co nie ma aż takiego potwierdzenia w pomiarach.  Różnica kilku centymetrów nie byłaby tak widoczna, gdyby nie  poziome listwy w klapie bagażnika i przednim grillu. Zdominowały one wizerunek, optycznie poszerzając samochód.

 

Czarne nakładki dolnych części karoserii sugerują, iż autem można zjechać z asfaltu. Nie jest to nic dziwnego w przypadku SUV-a, aczkolwiek kąty natarcia, zejścia i rampowy nie dają większych szans na walkę w terenie. Na polne drogi powinno wystarczyć. Podstawą w terenie jest dobra opona. W seryjnym aucie nie ma co liczyć na żadne AT -ki czy tym bardziej MT-ki. Są zimówki, a to zdecydowanie lepszy wariant niż letnie szosówki. Napęd 4x4 i można próbować powalczyć. Problem tylko, gdzie znaleźć takie miejsce. Ponieważ autko ma poruszać się w naturalnym dla większości użytkowników środowisku, to bagniste łąki czy  żwirownie odpadają na starcie. Tam nie zapuszczają się SUV-y. Pozostaje szukać gruntowych dróg w polach lub lasach. Jak na złość mało opadów, aby liczyć na specjalny stopień trudności. Na suchym Korando radzi sobie bez zarzutu. Jeżeli jest to droga, którą jeżdżą inni kierowcy to z pewnością i my przejedziemy. Tam gdzie osobówki wymiękają także damy radę. Poważnie wyglądająca piaskownica nic złego nam nie zrobiła, więc trzeba poszukać trudniejszego wyzwania czyli błota, oczywiście w granicach rozsądku. Tu całkiem miła niespodzianka, samochód daje radę i to nawet bez załączania napędu na obie osie. Owszem, zauważalny jest uślizg kół, ale przeszkoda pokonana. Załączenie 4x4 zdecydowanie poprawia trakcję. Problemem jest tylko skromny prześwit. W przypadku diesla jest to 164 mm (prześwit minimalny). Normalnie na drodze, nawet dziurawej w zupełności wystarcza, jednak koleiny stanowią dla nas zagrożenie. Na suchej drodze możemy ratować się jadąc okrakiem lub po krawędzi, gorzej na bagnistej brei. W koleinę nie wjedziemy, bo się zawiesimy, a jadąc po krawędzi koleiny nie wytrzymają ciężaru auta i klapniemy w sam środek. Bez strachu,  takich przygód trzeba specjalnie szukać lub mieć po prostu pecha. Normalne użytkowanie nie powinno stanowić problemu. Dojedziemy do celu w komfortowych warunkach.

Wróćmy na asfalt. Tu dla potencjalnego użytkownika liczy się bezpieczeństwo, komfort i ekonomia. Zacznijmy więc od bezpieczeństwa. W tej kategorii SUV-y mają już na starcie przewagę. Po pierwsze są większe a to budzi respekt u innych kierowców, po drugie rozmiar daje poczucie bezpieczeństwa. Po trzecie pozycja za kierownicą, wyżej siedzimy to dalej widzimy, no i po czwarte mamy napęd na obie osie. Na co dzień nie ma potrzeby aby z niego korzystać, ale jak przyjdzie prawdziwa zima to dojedziemy tam gdzie inni nie dadzą rady. To było tak na starcie, oczywiście Korando ma jeszcze cały pakiet asystentów, czujników i wspomagaczy. Jedne niezbędne inne trochę mniej przydatne. Większość i tak obowiązkowa we współczesnych samochodach.  Nawet jeżeli nie wymaga tego prawo, to konkurencja na rynku już tak. W tym zakresie SsanYong nie pozostaje w tyle.

Zastanawiałem się czy takie parametry jak moc silnika, prędkość i przyśpieszenie przypisać do komfortu czy bezpieczeństwa. Postawiłem na bezpieczeństwo. Mądre korzystanie z pedału gazu jest równie ważne jak używanie hamulców. W testowanym modelu na oba nie mogę narzekać. Moc i przyśpieszenie nie są co prawda najwyższe w tej klasie, ale w zupełności wystarczają do sprawnego poruszania się.

Drugim aspektem poddanym ocenie jest komfort. Na niego składa się kilka elementów. Korando wygląda na duży samochód i faktycznie oferuje obszerne wnętrze.

Nawet pasażerowie tylnej kanapy nie będą narzekać na ciasnotę. Bagażnik ma pojemność 551 litrów.

Zaglądam do niego i coś mi mało tego miejsca. No tak, przecież tu jest patent z podwójnym dnem. Bardzo praktyczne rozwiązanie, a Korando poszło krok dalej dzieląc podłogę na dwie części, dzięki temu jedną płytę możemy używać jako dodatkową przegrodę.

Proste rozwiązanie, a jakże pożyteczne.

Dla kierowcy  istotne jest, aby prowadzenie nie sprawiało problemów. Wygodne fotele, dobre rozmieszczenie elementów obsługi to podstawa. W tym zakresie Koreańczycy dobrze odrobili lekcje i wszystko jest na miejscu.

 

Każdy lubi mieć coś wyjątkowego, Korando również.  Podświetlenie z możliwością wyboru koloru nikogo nie zaskoczy, ale podświetlenie z efektem 3D już tak.

Przejdźmy do trzeciego punktu, czyli finansów. Najpierw trzeba auto zakupić. 79990 zł to kwota na jaką wyceniono najtańszą wersję nowego Korando z benzynowym silnikiem o mocy 163 KM. Powiedziałbym, że całkiem niedrogo.  Najbogatsza wersja z tą jednostką napędową kosztuje  124990zł. Taka kwota jest już sporym wydatkiem. Skąd taka różnica ?  Po prostu wyposażenie kosztuje. Obudowa inna, ale w środku te same kosztowne nowinki.

 

Jeżeli zdecydujemy się na jednostkę wysokoprężną 1,6l o mocy 136KM, wtedy cena rośnie o 12500 zł.

Sprawa zakupu dokonana, więc zaczynamy interesować się eksploatacją. 

5 lat gwarancji zapewnia nam względny spokój od mechaników. Zrobić przegląd w terminie, lać paliwo i jeździć. No właśnie, ile to będzie palić ? Wcześniejsze modele SsangYonga nie były mistrzami oszczędności, za to dobrze potrafiły dogadać się z instalacją LPG.  Ciekawy byłem czy coś się zmieniło w tej kwestii. O LPG nie wypowiem się, bo tym razem wybrałem diesla i nie żałuję. Ruszyłem w trasę, bez brawury, ale trzeba zdążyć na czas. W takiej sytuacji spalanie nie jest najważniejsze, wyjdzie ile wyjdzie. Wyszło 6,6 litra na 100km. Jestem bardzo zadowolony. Fakt, warunki sprzyjały, bo ruch nie był duży, może więc było trzeba się lepiej przyłożyć i wyśrubować eco wynik.  W drodze powrotnej zszedłem poniżej 6 litrów, a wiele bardziej się nie starałem. Znaczy się, jest jeszcze pole do manewru.

Trzeba być obiektywnym i przyznać się, że jest też drugi koniec skali. Tu dużo łatwiej bić rekordy. Wszystko zależy od fantazji. W moim przypadku było to mniej więcej 9 litrów. Miasto jest wyjątkowo trudnym terenem do pomiarów. Realnie Korando spalało mi od 8 do 9 litrów na 100 km.

Kilka dni wystarczyło, aby polubić się z Korando. Niebanalny wygląd i uniwersalne wygodne wnętrze, do tego całkiem oszczędny pojazd to początek listy atutów. Warto zainteresować się nim i odkrywać kolejne plusy.

Dane techniczne

Tekst i zdjęcia: Dariusz Pastor