Auto w Pracy

Slideshow Image

Kiedyś na jednej z Komisji Sejmowych usłyszałem, że Geely tak dobrze zadomowiło się w Europie, iż można je traktować jak markę europejską. Już miałem zaprotestować, ale pomyślałem, że nie będę poprawiał przewodniczącego. Kilka miesięcy później Geely trafiło do mnie na test i muszę przyznać, że tamta wypowiedź wcale nie była tak oderwana od rzeczywistości, jak początkowo sądziłem.

No to po kolei.

Geely jest chińską marką i tu nie ma żadnej dyskusji. Owszem, jakiś czas temu przejęło Volvo, ale to niczego nie zmienia. Nadal jest to marka z Chin i całkiem słusznie tego nie ukrywa. Chińskie samochody podbijają nasz rynek w zawrotnym tempie i cena przestała być jedynym argumentem.

Do Polski Geely weszło z dwoma modelami – Starray EM-i oraz E5. Pierwszy jest hybrydą plug-in, drugi samochodem elektrycznym. Oba są SUV-ami. Dwa modele to dość ostrożny początek. A może po prostu dobrze przemyślana strategia. Bardziej skłaniam się ku tej drugiej wersji.

Pierwszy do mnie trafił Starray EM-i.

Nie wnikam w techniczne niuanse. Czasy samodzielnego grzebania przy samochodzie dawno minęły. Dzisiaj samemu wymienia się co najwyżej żarówkę, a i to nie zawsze jest proste. Z całej wiedzy o hybrydach najbardziej interesuje mnie jedna praktyczna rzecz – czy baterię można doładować z zewnętrznego źródła energii. Można. Z jednej strony samochodu mam wlew paliwa, z drugiej gniazdo ładowania. Tyle wiedzy wystarcza mi na początek. Reszta i tak wyjdzie podczas jazdy.

Starray EM-i mierzy 4740 mm długości, 1905 mm szerokości i 1685 mm wysokości. Gabarytami należy do dużych SUV-ów, choć na pierwszy rzut oka wcale tego nie widać. Dobrze poprowadzona linia nadwozia sprawia, że wygląda lżej, niż wskazywałyby liczby. Proporcje wydają się bardzo dobrze dopasowane do europejskiego gustu. Ilość chromu, plastikowych elementów i przetłoczeń została wyważona. Samochód nie próbuje niczego udowadniać swoim wyglądem. Po prostu dobrze się prezentuje.\

Wnętrze robi równie dobre wrażenie. Jasna tapicerka zawsze dodaje elegancji, a pierwsze wrażenie często wpływa na dalszy odbiór samochodu. Właśnie polubiłem Starray.

Wsiadam... i czuję się jak u siebie.

Nie jest to mój pierwszy chiński samochód, więc od razu dostrzegam rozwiązania znane z innych marek z Państwa Środka. Chociażby taki układ dwóch monitorów. Mały monitorek przed kierowcą i duży środkowy jako centrum sterowania.

Kolejny wspólny element to wybór trybu wyświetlania: jasny – ciemny. Tryb „jasny” jest jak ekran komputer, co raczej nie jest spotykane w europejskich samochodach. Sterowanie podstawowymi funkcjami w identycznym układzie z poziomu głównego ekranu. Najwyraźniej taki system polubili Chińczycy i powielają w kolejnych modelach. W Europie jesteśmy przyzwyczajeni do bardziej tradycyjnych rozwiązań i tu Geely wychodzi na przeciw tym oczekiwaniom.

Dodano klasyczny panel sterowania na tunelu pomiędzy przednimi fotelami. Możemy ustawić tu parametry klimatyzacji, sterować głośnością audio, a nawet zaprogramować jeden z przycisków.

Zaczynam od ustawienia fotela. Oczywiście elektrycznie. Od razu aktywuję funkcję łatwego wsiadania i wysiadania.

Regulacja lusterek odbywa się klasycznie z panelu w drzwiach kierowcy. Pokrętła dobrze leżą w dłoni. Niczego nie muszę szukać ani uczyć się od nowa.

Samochód startuje w trybie elektrycznym, więc jest praktycznie bezgłośny. Sprawdzam zasięg. Blisko 900 kilometrów. Całkiem konkretnie.

Pierwsze kilometry traktuję jak zawsze – poznaję samochód. Szybko okazuje się, że 262 KM w zupełności wystarcza do sprawnego poruszania się. Sprint do 100 km/h zajmuje 8,1 sekundy i czuć to podczas wyprzedzania czy włączania się do ruchu. Nie trzeba nikomu niczego udowadniać. Wystarczy lekko mocniej nacisnąć pedał przyspieszenia.

Napęd pracuje płynnie, automatyczna skrzynia biegów dobrze współpracuje z układem hybrydowym, a zawieszenie skutecznie tłumi nierówności. Dopiero przy mocniejszym przyspieszaniu silnik spalinowy staje się wyraźniej słyszalny, ale nadal nie przeszkadza w spokojnej rozmowie czy słuchaniu muzyki.

Spalanie? W hybrydach plug-in odpowiedź nigdy nie jest jednoznaczna. Wszystko zależy od tego, ile energii mamy jeszcze w akumulatorze.

Producent podaje średnie spalanie 6,2 l/100 km, a w cyklu ważonym zaledwie 2,4 l/100 km. Brzmi imponująco, ale praktyka jest ciekawsza od katalogu.

W trasie, kiedy bateria jest już niemal pusta, najczęściej mieszczę się poniżej 6 litrów. Lokalnie bardzo często poruszam się wyłącznie na prądzie i wtedy zużycie benzyny praktycznie przestaje mieć znaczenie. Wzrasta wtedy zużycie energii. 

Mieści się w widełkach 13 -18kWh/km. Akumulator o pojemności 18,4 kWh pozwala realnie przejechać około 60–80 kilometrów w trybie elektrycznym. To zazwyczaj wystarcza na moje codzienne potrzeby.

Wieczorem podłączam samochód do domowej sieci i rano znów ruszam z pełnym akumulatorem. Koszty znikome.

Coraz częściej korzystam też z ładowarek przy supermarketach. W hybrydzie plug-in nie potrzebuję dużej mocy.

Nawet kilkanaście minut zakupów pozwala odczuwalnie uzupełnić energię. Jest jeszcze jeden bonus – miejsce przy ładowarce zazwyczaj czeka wolne.

Kiedy kwestie napędu przestają zaprzątać głowę, zaczynam odkrywać samochód.

Podoba mi się jakość spasowania elementów, wzór tapicerki i panoramiczny dach z możliwością odsunięcia nie tylko rolety, ale również samego przeszklenia. Cieszy funkcja automatycznego domykania szyb i dachu po opuszczeniu auta.

Coraz bardziej doceniam kamerę 360°. Na tyle, że przypisuję ją do programowalnego przycisku na kierownicy. Przez chwilę zastanawiałem się nad indywidualnym trybem jazdy, który pozwala ograniczyć część obowiązkowych systemów wspomagania kierowcy. Mam wrażenie, że ustawodawcy trochę przesadzili z ich liczbą. Gdy samochód co chwilę chce mnie o czymś informować, po pewnym czasie zwyczajnie przestaję zwracać na to uwagę.

Starray EM-i oferuje również adaptacyjny tempomat z utrzymaniem pasa ruchu. Działa, mimo to nadal wolę sam trzymać kierownicę.

Im więcej nim jeżdżę to tym bliżej mi do twierdzenia, że jest to Europejczyk. Widać, że Geely dobrze wykorzystało zakup Volvo i doświadczenia tam zdobyte procentują w tym model.

Ergonomia, rozmieszczenie elementów sterowania i sposób obsługi sprawiają, że praktycznie od pierwszych kilometrów wszystko wydaje się naturalne. Gdybym wziął do ręki miarkę, pewnie wyszłoby, dlaczego tak jest. Wystarczy w odpowiednim miejscu dodać lub ująć centymetr czy dwa i już jest odczuwalna różnica.

Bagażnik oferuje 428 litrów pojemności. Na co dzień w zupełności wystarcza, a po złożeniu tylnej kanapy możliwości przewozowe wyraźnie rosną. Brakuje mi jedynie otworu w podłokietniku do przewożenia dłuższych przedmiotów. Jakaś siatka mocująca bagaż też by się przydała. Jest co prawda dodatkowe miejsce pod podłogą, co pomaga w utrzymaniu porządku, ale to co w bagażniku lata sobie luzem. Szkoda, że nie ma wnęki na drobiazgi.

Płaska podłoga jest za to zaletą w środku auta.

Drobne uwagi nie zmieniają mojej oceny, że Starray EM-i jest najbardziej europejskim chińskim samochodem, jakim ostatnio jeździłem.

Dla jednych będzie to zaleta, dla innych wręcz przeciwnie. Wszystko zależy od oczekiwań. Auto zostało skrojone pod gust i ergonomię Europejczyków i mnie taki kierunek odpowiada. Wszystko jest pod ręką, dokładnie tam, gdzie intuicyjnie się tego spodziewam. Do tego dochodzi udana sylwetka, dobre wyposażenie i osiągi pozwalające cieszyć się jazdą przy rozsądnych kosztach eksploatacji.

Tekst i zdjęcia: Dariusz Pastor