Auto w Pracy

Slideshow Image Slideshow Image Slideshow Image

Stęskniłem się za S-Crossem, bo jeździłem tym samochodem w 2018 roku, a trzy lata w motoryzacji to szmat czasu. W momencie debiutu S-Cross dobrze wpasował się w potrzeby rynku. Moda na SUV-y zmieniła się na zainteresowanie crossoverami, a S-Cross był właśnie przedstawicielem tego segmentu. Ciekawe, czy teraz też mi się spodoba, Wtedy był to już model po faceliftingu, a o ile wiem, to kolejnej generacji nie było, więc mniej więcej, wiem czego się spodziewać.

Czerwony S-Cross Hybrid 1,4 Boosterjet 2WD AT już czeka na mnie. Znajoma sylwetka, wygląda, że tu nic się nie zmieniło. Zmian nie ma, a auto dalej mi się podoba. Taki efekt jest zasługą dobrze dobranych proporcji i nie ulegania modzie, aby na chwilę zabłysnąć czymś nowym, co zazwyczaj szybko mija. Malkontenci powiedzą, że takie auto nie wyróżnia się na ulicy. Trochę racji w tym jest, ale nie w przypadku S-Crossa. Przy faceliftingu model otrzymał nowy grill o bardzo charakterystycznym wyglądzie.

 

Duży chromowany element sprawia, że jednak to Suzuki jest inne niż konkurencja w segmencie. Nic dziwnego taki grill kojarzy mi się z limuzyną wyższej klasy. Ciekawy zabieg projektantów, który jak widać sprawdził się w praktyce. S-Cross oparł się upływowi czasu, a to sztuka, którą warto docenić, zwłaszcza, jeżeli nie zmieniamy auta zbyt często.

Zewnętrznych zmian nie widać, bo nie liczę błękitnego napisu „hybrid”, więc może coś zmieniło się w środku auta.

Wnętrze znajome, jak to w Suzuki. Jak znasz jedno Suzuki to znasz wszystkie. Dokąd Suzuki nie adoptowało nowych modeli, to ta zasada się sprawdzała. W S-Crossie dalej to działa. Zestaw zegarów, stacja multimedialna to wspólne elementy z innymi modelami marki. Wygląda że te elementy się nie zmieniły. Liczy się pierwsze wrażenie, a to jest bardzo dobre. Co prawda, nie ma nowych elementów, ale całość wygląda bardzo elegancko. Uporządkowanie detali, oszczędne epatowanie gadżetami znów kojarzy mi się z wyższą klasą pojazdów. Czyżby już tak było od początku. Sprawdziłem zdjęcia z 2018 roku i okazuje się, że faktycznie tak było. Test Suzuki S-Cross 2018r.

Ciekawe, wtedy brakowało mi trochę jakiegoś ożywiającego wnętrze dodatku. Teraz podoba mi się jego brak. Pewnie wynika to z tego, że większość nowych samochodów mocno poszło w indywidualizację wnętrza i człowiek potrzebuje trochę spokoju. Uporządkowane wnętrze plus dobrej jakości materiały okazały się dobrym przepisem na ponadczasowe wnętrze. Całość prezentuje się bardzo dobrze, ale jeden detal jest do pilnej wymiany. Uruchamiam silnik i ożywają zegary.

Ekranik komputera pomiędzy nimi to nie ta epoka. W czasie, gdy coraz więcej samochodów ma cyfrowe kokpity, monochromatyczny ekranik z podstawowymi danymi budzi zdziwienie. Zwłaszcza, iż S-Cross do niedawna był na szczycie drabinki modeli Suzuki. Dziwne, tym bardziej, że w innych modelach wyświetlacz jest nowszej generacji, co całkowicie zmienia obraz auta. Wystarczy zajrzeć do testu Baleno, nowy wyświetlacz był już w 2016 roku

Test: Suzuki Baleno

Stacja multimedialna także nie rozpieszcza rozbudowanymi funkcjami, ale jest wszystko co potrzebne kierowcy, więc tu nie mam zastrzeżeń.

Jest kamera cofania, całkiem dobrze grające audio, nawigacja i oczywiście można podłączyć telefon.

Prosto, czytelnie i to doceniam, auto to nie zabawka, więc stawiam funkcjonalność na pierwszym miejscu.

W takim razie zmian trzeba poszukać głębiej, pod maską. Dobry trop, tutaj zmieniło się wiele. W 2018 roku miałem S-Crossa z silnikiem 1,0. Miałem wtedy obiekcje, czy mały silniczek da sobie radę z tak dużym autem. Obawy nie potwierdziły się. 111 KM, które generował silniczek, wystarczało do sprawnej jazdy, a spalanie mogło zadowolić księgowego. W ofercie był jeszcze jeden silnik o pojemności 1,4 litra i mocy 140 KM.

To było, a teraz jest tylko jedna propozycja. Hybryda o pojemności 1,4 litra i mocy 129 KM.  W Suzuki postęp oznacza zmniejszenie mocy, bo Swift Sport odkąd stał się hybrydą także stracił kilka koni. Dobrze, że w S-Crossie nie odbiło się to na osiągach. Co prawda, prędkość maksymalna jest minimalnie mniejsza, ale Vmax 200km/h czy 190km/h nie czyni różnicy. Istotne, że przyśpieszenie zostało bez zmian. Dla mojego S-Crossa 2WD AT wynosi 9,5 sekundy do 100km/h. Wygląda dobrze i faktycznie potwierdza się to podczas jazdy. Tym razem mam automatyczną skrzynię biegów. To też zmiana, bo trzy lata temu, takiej możliwości nie było. Myślę, że ta opcja powinna spodobać się klientom. Ludzie szukają wygody, a automat to zapewnia. Płynnie zmienia biegi bez naszego udziału, bez straty osiągów, czy zwiększonego spalania. Jeżeli chcemy się pobawić w samodzielną zmianę biegów, to możemy skorzystać z łopatek umieszczonych przy kierownicy. Czy jest to potrzebne? Szczerze mówiąc, to traktuję to bardziej jako gadżet niż potrzebne rozwiązanie. Mam S-Crossa z napędem 2WD, czyli w terenie kombinować nie będę. Na szutrowych, polnych drogach automat radzi sobie bez mojej ingerencji. Zimą nad bezpieczeństwem czuwa elektronika, więc znów wyręcza mnie z myślenia o doborze przełączeń.

Bezpieczeństwo jest ważne i trudno przecenić działanie tych przydatnych systemów.

Problem w tym, że nie wszystkie są przydatne. Taki „Radar Brake Support” tylko denerwuje człowieka,  ostrzegając o przeszkodach które każdy kierowca powinien mieć pod kontrolą, a jak nie ma, to nie powinien jeździć. Akurat to nie jest zarzut do Suzuki, bo ten system po prostu tak działa w każdym samochodzie. Najlepiej od razu wyłączyć. W Suzuki co nieco z tych systemów możemy wyłączyć, auto-stop-start, kontrolę trakcji… Zaraz, jeżeli mogę wyłączyć ESP z kontrolą trakcji i mam ręczny hamulec z tradycyjną dźwignią to chyba widzę praktyczne zastosowanie trybu „M” w skrzyni biegów. Teraz przydałoby się znaleźć zaśnieżony plac i  poćwiczyć umiejętności.

Latem o śnieg trudno, ale piasek też nie jest zły.

W codziennej jeździe warto opanować jeszcze jedną umiejętność. Benzyna drożeje, więc oszczędna jazda bardzo się przyda. Hybryda, a jest nią S-Cross powinna nam ułatwić zadanie. Mamy tu układ typu „mild hybrid”, obejmujący: turbodoładowany silnik benzynowy 1.4 BOOSTERJET (K14D), zintegrowany 48-woltowy starter/generator ISG 10 kW wspomagający silnik momentem obrotowym (50 Nm), akumulator litowo-jonowy (48V) oraz przetwornicę (48V do 12V). Całość działa bezobsługowo, czyli nie musimy szukać podłączenia do sieci. Wygodne rozwiązanie, chociaż oszczędności mniejsze niż w systemie „plug-in hybrid” który wymaga zewnętrznego doładowania akumulatorów.

Próbuję zastosować doświadczenia z Suzuki Swace, ale nijak ma się to do osiąganych efektów. Wychodzi na to, że najlepsze rezultaty, osiągam jadąc tak jak autem benzynowym. Płynna jazda, bez zrywów, gwałtownych przyśpieszeń i umiarkowana szybkość przekłada się na niskie spalanie.

W trasie nie musiałem wiele się starać, aby spalanie było poniżej 5l/100km. W mieście już tak łatwo nie jest. Trzeba dostosować się do panującego ruchu.

Przyśpieszanie, hamowanie i na wyświetlaczu wartości krążą wokół 8 litrów na 100 km. Oczywiście dynamiczna jazda całkowicie zmienia wyniki. Jak bardzo, to sprawa fantazji.

Powrót do S-Crossa był ciekawym doświadczeniem. Okazało się, że klasyczne proporcje w solidnym wykonaniu potrafią oprzeć się upływowi czasu.

Tekst i zdjęcia: Dariusz Pastor

Dane techniczne: Suzuki S-Cross 2WD 1,4 Hybrid AT

Wcześniejsze testy Suzuki S-Cross

Suzuki S-Cross 1,0 BOOSTERJET 4WD

Suzuki S-Cross 1,4 BOOSTERJET 4WD

Suzuki S-Cross 1,6 DDiS 4WD