Auto w Pracy

Slideshow Image Slideshow Image Slideshow Image

Wyrwać się z covidowej szarości nie jest takie trudne. Wystarczy Suzuki Ignis. Może się podobać lub nie, ale z pewnością wyróżnia się na ulicy. Trudno szukać podobieństwa do innych samochodów. Ignis ma swój styl. Ignis idzie pod prąd, łamie przyjęte kanony, burzy proporcje, a im więcej się mu przyglądam to widzę, że w tym szaleństwie jest metoda na super samochód. Rozstawienie kół w samych końcach nadwozia daje nam świetny kąt natarcia i jeszcze lepszy kąt zejścia, jak w dobrej terenówce. Od razu pojechałoby się powalczyć w terenie, w końcu to napęd allgrip (4WD) czyni z nas pogromców terenu.  Założy się porządne osłony, terenowe opony i kilka cali liftu i hajda w teren. Szybko włączam internet i cóż to, nikt nie chce mi uterenowić szybko Ignisa. No, trudno, chwilowo teren odpuszczam i ruszam w miasto.

 

3700 mm długości, idealne rozmiary dla miejskiego autka. Wszędzie się zmieści. W każde wolne miejsce opuszczone przez inny samochód. Super sprawa, tam gdzie inni muszą się męczyć z parkowaniem, ja wjeżdżam bez problemu.

Trudno przecenić takie atuty. Pewnie zaraz ktoś powie, że nie ma nic za darmo. No pewnie miejsca w środku jest mniej niż w limuzynie, ale przecież przeważnie miejskie autka wożą jedynie kierowcę, no czasem zdarzy się pasażer i super, dla takiej załogi miejsca pod dostatkiem. Nawet jest miejsce na spore zakupy. Przydałoby się zrobić jakiś przemyślny system zagospodarowania przestrzeni bagażnika.

 

Małe samochody mają inne zadanie, sprawnie przewieźć nas z punktu A do punktu B.  Tu trzeba rozpatrzyć trzy aspekty:  komfort jazdy, parkowanie, ekonomia. Za parkowanie już przyznałem duży plus, więc idziemy dalej. Komfort jazdy. Tutaj istotna jest wygoda i warunki podróży. Ignis ma prześwit 180 mm, czyli więcej niż typowa osobówka, a co za tym idzie, spokojnie wjeżdżamy na wyższe krawężniki, a i dziury w jezdni są dla nas mniej straszne. Dodatkowym atutem jaki z tego wynika jest wyżej umieszczony fotel kierowcy, dzięki czemu mamy lepszą widoczność. Wygodniej jest także wsiadać i wysiadać z takiego samochodu. 

 

Mój Ignis to wersja 1.2 DUALJET Hybrid. Hybryda w wersji Mild Hybrid czyli bezobsługowa. Jest i robi swoją robotę, a my nawet nie musimy o niej wiedzieć. Nic od nas nie wymaga, nie trzeba szukać gniazdka z prądem czy specjalnie zmieniać stylu jazdy.

 

83 KM mocy  przy masie własnej auta – 920 kg daje radę. Co prawda, aby zmusić samochód do żywszej jazdy, trzeba zdecydowanie wcisnąć pedał gazu. 12 sekund do setki nie pozwala na start w wyścigach, ale wstydu nie ma, nie obtrąbią nas za tamowanie ruchu.  Nie jest źle, ale gdyby tak dołożyć 20 KM, to mielibyśmy małego sportowca. Ciekawe czy duża byłaby różnica w spalaniu ? No, właśnie, jakie mamy spalanie.

W mieście, przy sporym ruchu w centrum Warszawy pokazuje mi 6,5 litra na 100 kilometrów. Już go lubię, w zasadzie to było trzeba od tego zacząć. Trochę mniej korków i świateł i na wyświetlaczu pojawia się liczba 6,1.  Teraz to już pokochałem Ignisa.

Prognozy pogody zapowiadają, że nadchodzi zima. W takim razie, trzeba się pakować i ruszać, aby  przywitać bestię ze wschodu. Bagażnik ma pojemność 204 litry. Wygląda na więcej, a są sposoby na powiększenie tej przestrzeni. 

 

Przesuwamy fotele do przodu i już ładnych parę litrów bagażnika przybyło. Gorzej, jak będzie chciał z nami jechać rosły pasażer, wtedy będzie mu brakowało miejsca na nogi.

 

 

Jak z tyłu nikt nie jedzie, to takie rozwiązanie świetnie się sprawdza.  Patent z przesuwanym tylnym siedzeniem jest fajny, można sporo powiększyć objętość bagażnika, szkoda że powierzchnia podłogi nie jest w jednej płaszczyźnie. Podobna sytuacja jest po złożeniu oparcia tylnej kanapy.  Na szczęście nikt nie chce z Ignisa robić bagażówki.

Wieczorem wyjazd z Warszawy to zawsze problem. Nawet jak nie stoi się w korku, to trzeba pokornie sunąć w kolumnie aut.  Nie jest źle, samochodów jakby trochę mniej niż zwykle, czyżby wystraszyli się nadchodzących mrozów i wschodni kierunek nie cieszy się dzisiaj popularnością.  Ruch mniejszy, ale nie na tyle, aby można się było rozpędzić. Trzeba dostosować się do warunków i grzecznie turlać się z przepisową prędkością. Ma to swoje zalety. 

Spalanie spadło do poziomu 3,6l/ 100km. Tak to można jeździć.

 

Tym razem prognozy pogody się sprawdziły, jest śnieg i mróz. Zobaczymy co w takich warunkach potrafi mój Ignis.  Teoretycznie jest przygotowany na takie wyzwanie, ma napęd 4WD i zimowe opony. 

W rezerwie jest jeszcze tajemniczy przycisk regulacji siły napędu.

 

Warto było wyjechać z miasta, bo jednak zima w mieście dzięki drogowcom szybko traci swoje atuty dobrej zabawy. Pierwszy śnieg sprawia największą frajdę, zwłaszcza jak spadnie go całkiem gruba warstwa, która przykryje drogę. Nieodśnieżane, lokalne drogi są fajne, ale lepiej poszukać polnej lub leśnej drogi którą jeszcze nikt przed nami nie jechał. Co prawda jak chcemy uniknąć poważnych kłopotów, to dobrze mniej więcej wiedzieć gdzie jest droga.  Mam taką drogę i nie odpuszczę sobie, aby nie poczuć się jak podróżnik-odkrywca, który wytycza szlaki.  Rzadko uczęszczana droga przez las i pola, nie zawiodła mnie.

Jestem pierwszy. Drogę znam, a i tak jest adrenalinka, bo można nie trafić i wpakować się w pole.  Nie wiadomo też, jakie niespodzianki skrywają się pod śniegiem.  W tej zabawie Ignis daje nam fory  nad osobówkami. Te kilka centymetrów większego prześwitu robi różnicę. Jakiś korzeń, dołek, czy nawet zahaczenie o małą zaspę nie robi na nas wrażenia. Oczywiście trzeba zachować rozsądek, Ignis nie jest czołgiem więc nie warto brać przeszkód rozpędem.  Idzie dobrze, więc podnoszę poprzeczkę i zjeżdżam z drogi. Będzie co będzie, najwyżej będę wzywał pomoc.

Zjechać zjechałem bez problemu. Zatrzymałem się zrobiłem zdjęcia i teraz trzeba wrócić na drogę. Na wszelki wypadek włączyłem regulacje siły napędu i wyjechałem. Nawet nie zabuksował kołami.

 

Zima nie puszcza, mróz jeszcze większy, ciekawe czy -18 °C będzie problem. Wciskam przycisk „start” i silnik uruchomiony. Dzisiaj śnieg już całkiem inny, ubity, wyślizgany.  W takich warunkach nie trudno stracić przyczepność. Ignis z napędem 4WD całkiem dobrze trzyma się drogi, co nie zwalnia nas z zachowania ostrożności.  Na szczęście, wystarczy lekka kontra kierownicą aby przywołać auto do porządku. Jak i kiedy to zrobić, to kwestia umiejętności i doświadczenia, więc nie ma co tracić okazji do poćwiczenia sztuki latania bokiem. Czteronapędówka nie jest do tego idealnym modelem, ale warto ćwiczyć jak jest okazja, a swoją drogą Ignisem także da się bączka wykręcić. Lepiej zrobić to w bezpiecznym miejscu niż niespodziewanie na drodze. Zimowa aura trafia się coraz rzadziej, więc trzeba korzystać. Ignis daje mi poczucie bezpieczeństwa, wiem że przejadę, aczkolwiek nie warto przesadzać z prędkością. Poczujemy każdy korzeń czy garb na drodze. Chyba, że lubimy sporty  ekstremalne, to szybki przejazd wyboistą drogą będzie ich namiastką.

 

Miłą niespodzianką jest spalanie w zimowych warunkach. Oczywiście wzrosło, ale średnia oscyluje w okolicach 6l/100km.  Zabawa w terenie wliczona w średnią, więc naprawdę jestem zadowolony.

Temperatur spadła, ale z uruchomieniem auta nie było problemu. Co prawda, przez pierwsze kilometry wskaźniki świeciły jak na dyskotece, ale auto jechało i to się liczy.

 

Suzuki zawsze robiło solidne terenówki, czy Ignisa można uznać za pogromcę bezdroży ? Aż tak dobrze nie jest. Sympatyczne autko poza asfaltem radzi sobie dużo lepiej od przeciętnej osobówki, ale mowa jest o drogach nawet ostatniej kategorii, a nie o prawdziwych bezdrożach.  Mały podróżnik dowiezie nas wszędzie gdzie dociera cywilizacja, pod warunkiem, że prowadzi tam jakaś droga.

Dane techniczne Suzuki Ignis

Test Suzuki Ignis 2017r  

Tekst i zdjęcia: Dariusz Pastor