Auto w Pracy

Slideshow Image Slideshow Image Slideshow Image

Przyszłość puka do drzwi, no cóż trzeba podjąć wyzwanie i sprawdzić, jak to jest mieć samochód elektryczny.  Renault Zoe będzie tym pierwszym. Czy sprawdzi się w codziennej eksploatacji ? Obawy są, zwłaszcza o zasięg.

Błękitne autko już czeka na parkingu. Pierwsze wrażenie, to ocena wyglądu. Jest ok, wygląda jak samochód, nawet nie jest brzydki.  Wnętrze jakby znajome i nic dziwnego przecież to też Renault. Sporo jest wspólnych elementów. Tym zajmę się później, teraz najważniejsze to odkryć jak to cudo „zatankować” .  

Logo Renault to klapka od gniazda ładowania. W bagażniku zestaw kabli. Jeden z domową ładowarką, drugi do podłączenia stacji ładowania.  Uff, odetchnąłem,  słupków z ładowaniem nie ma tak dużo, ale prąd jest wszędzie, a ja mam ładowarkę w bagażniku. 

Kabelki nie byle jakie, grube jak palec, a do tego długie i zakończone wielkimi wtyczkami. Budzą respekt, a do tego zajmują sporo miejsca. Na szczęście bagażnik zaskakuje pojemnością. Niby 338 dm3, jednak wygląda na więcej. Przydałaby się tylko lepsza organizacja przestrzeni. Podwójne dno, lub jakaś przegroda dla oddzielenia kabli od reszty bagażu. Można uznać, iż teoretycznie jestem przygotowany do jazdy. W takim razie zajmuję miejsce za kierownicą.  Przycisk start jak nazwa wskazuje, służy do uruchomienia maszyny. Ekraniki zaświeciły.

Ekran na konsoli centralnej to dobry znajomy. Logo R-Link mówi wszystko.

Co innego wyświetlacz przed kierowcą. To już inna bajka. Zamiast obrotomierza mamy graficzny wykres zużycia energii. Wskaźnika paliwa też nie ma, ale jest słupek pokazujący stan naładowania akumulatora i informacje ile jeszcze możemy przejechać.

Czas ruszać. Skrzynia biegów to automat, a w zasadzie to przełącznik jazdy do przodu lub do tyłu. Zaczynam od wyjazdu z miejsca parkingowego, czyli wychodzi jazda do tyłu.  Jest kamera cofania, więc zadanie banalne.  Tylko czy silnik pracuje jak go nie słychać ? No cóż, wciskam gaz i autko rusza. Ciekawe uczucie, bo nie towarzyszą temu żadne dźwięki.  Fajne to, nawet nie warto włączać radia. Za muzykę wystarcza cisza.

Bateria nie jest w pełni naładowana, ale i tak mam jeszcze 237 kilometrów zasięgu. Trochę spokoju, zanim zacznę się martwić o ładowanie.  Na razie można jeździć bez stresu. Tym bardziej, że w ramach promocji samochodów elektrycznych można jeździć buspasem i parkować bez opłat. W Warszawie to naprawdę duże ułatwienie. Satysfakcję z omijania stojących w korku kierowców otrzymujemy w gratisie. 

No dobrze, skoncentrujmy się na jeździe.

Najpierw komfort podróży. Ilość miejsca dla kierowcy i pasażerów podobna jak w tej klasie pojazdów. Autko z gatunku lekko pękatych, więc przekłada się to na obszerność wnętrza. Jest go więcej niż by się wydawało patrząc na wymiary.  Wyposażenie też jak u benzynowej konkurencji.

Mamy klimatyzację, kamerę cofania, czujniki i kilka ułatwień w prowadzeniu pojazdu. Standard, współczesny samochód bez tych dodatków zwyczajnie by się nie sprzedał.  Klient jest wymagający, a tym bardziej jeśli cena nie jest najmniejsza.

Renault Zoe w tej wersji wyceniono na 144 tysiące złotych.  Ekologia ma swoją cenę, ale jak za nieduże auto to kwota poraża.  W cenniku była jeszcze możliwość nabycia tego samochodu bez akumulatora za około 90 tysięcy, plus miesięczna opłata za wynajęcie akumulatora (około  300zł/mc). Czy to się jeszcze opłaci? Dopóki są bezpłatne stacje ładowania to przy dużych przebiegach koncepcja się obroni.  Jeśli rachunek się nie zgadza to zawsze można powiedzieć, że na ekologii nie można oszczędzać.

No dobra, kupione i jedziemy. Cieszymy się z darmowego parkowania i możliwości jazdy buspasami, tego nie braliśmy pod uwagę w kalkulacji kosztów, traktując to jako bonus za eko postawę.

Elektryczne pojazdy nie budzą już sensacji na ulicy, ale jednak fajnie tak bezszelestnie się przemieszczać. Wszystko dobrze jak akumulatory naładowane. Obserwuję więc jak ubywa prądu.  Nie jest źle, kilometrów nie ubywa w szalonym tempie.  Auto odzyskuje energię podczas hamowania, więc czasem miła niespodzianka jak zasięg się zwiększa.  Mimo wszystko perpetuum mobile jeszcze nie wymyślono, więc muszę rozejrzeć się za możliwością naładowania akumulatorów. Na początku idę na łatwiznę, czyli wybieram zwykłe domowe gniazdko.

Wyciągam kabel z ładowarką, jeden koniec do kontaktu drugi do gniazda w samochodzie. Końcówek nie da się pomylić, nie ma żadnej regulacji, prościej już chyba nie mogło być. Wyświetlacz przed kierowcą pokazuje w ilu procentach naładowano akumulator i czas do zakończenia ładowania.  

Brakuje 5% i to ma zająć prawie dwie godziny.  Szybkie ładowanie to z pewnością nie jest. Z drugiej strony,  co za różnica ile to potrwa, ważne aby na rano był w pełni gotowy do jazdy.

Dzisiaj będzie poważny test zasięgu. Okaże się, czy nadaje się także do nieco dłuższych podróży. Akumulator naładowany na 100%, zasięg 287 km. Rano trochę miejskiej jazdy. Plus dla elektryka, że korki nie wpływają specjalnie na „spalanie”, ale zasięg spadł o 50 kilometrów. Tak na oko to chyba i tak wykręciłem więcej kilometrów. Nie ma gdzie tak na szybko doładować akumulatora, a wyjazd w trasę czeka. Może gdzieś po drodze znajdę słupek, najlepiej szybkiego ładowania.

Zoe nie przepada za szybkością, ale tą stówką można polecieć. Można i więcej, gdyby warunki były lepsze. Niestety jazda w kolumnie, bez szans na poprawę. W połowie trasy jest większe miasto, więc sprawdzam w internecie czy są stacje ładowania. Pokazuje, że jest takie urządzenie, więc podjeżdżam, podłączam i słupek z autem nie chce się dogadać. Wyświetlacz pokazuje  komunikat „trwa kontrola”. Trwa i trwa, a prądu nic nie przybywa.  Z moich wyliczeń wynika, że na tym co mam dojadę do celu, a tam podłączę auto do gniazdka. Zwijam kable i jazda dalej.  Pomyłki w rachunkach nie było.  Zostało 28 km zasięgu, a ja już na mecie. Teraz tylko podłączyć samochód do sieci i iść spać. Kable podłączone i czekam aż rozpocznie się ładowanie

 

Niespodzianka, tym razem niezbyt miła

 

Sprawdzam połączenia, wszystko ok. Prąd też jest, bo świeci się zielona lampka w ładowarce. Powinno działać, a nie działa.

 

Teraz to wygląda na poważny problem. Nic już nie wymyślę. Skoro jest zasilanie, to zepsuł się kabel, ładowarka, albo samochód. Może do rana sam się naprawi.

Niestety nie naprawił się. W bagażniku jest drugi kabel do szybkiej ładowarki. Jeśli to nie wina samochodu to znalezienie stacji ładowania rozwiąże problem. Do miasta jest 8 kilometrów, a tam jest słupek ładowania. Po nocy zasięg spadł do 20 kilometrów. Robi się ciekawie. Żarty się skończyły, włączyła się rezerwa.  Autko deklaruje chęć poszukania najbliższej stacji doładowania, ale każda propozycja to ponad 20 kilometrów.  Chyba system nie jest zbyt aktualny, bo mojej stacji nie widzi, ważne, że ja już ją widzę. Przy benzynie powiedziałbym, że dojechałem na oparach, tu autko zaczęło piszczeć chyba ze strachu, ale dojechałem. Teraz chwila prawdy. Zadziała czy nie.

 

Kamień z serca, działa.  Zostało 4%. Ładowanie do pełna potrwa 5 godzin. Tyle to czekać nie będę. Dam mu 2 godziny, powinno wystarczyć na powrót do domu.

Zwiedziłem miasteczko, wypiłem kawę, zjadłem lody takie zwolnienie czasu dobrze działa. Ciekawe odkrycie, samochód który spowalnia życie. Kup elektryka, a zyskasz czas dla siebie i znajomych. Jest 45% i zasięg prawie 170 kilometrów. Czas wracać.

Nie ma to jak w domu, wszystko pod kontrolą. Lista najbliższych ładowarek sporządzona (szkoda, że blisko domu żadnej nie ma), a w razie czego sprawdzone, że z domowego gniazdka też się naładuje.

Zaplanować, podłączyć, a reszta sama się zrobi.

Jak jest źródło energii to nie trzeba oszczędzać. Zapominamy o trybie „eco”,  w którym auto zdecydowanie traci dynamikę i mocniej ciśniemy prawy pedał. Okazuje się, iż Zoe całkiem dobrze potrafi przyśpieszać. Na tyle sprawnie, że trzeba uważać, aby nas na radar nie złapano.  Spodziewałem się, że taka jazda będzie miała konsekwencje w postaci drastycznego spadku zasięgu. Na szczęście tu tak to nie działa, dramatu nie ma.

 

Do elektryka trzeba się przyzwyczaić. Największym problemem jest ładowanie, nie zrobimy tego w trzy minuty. Nawet szybkie ładowarki potrzebują kilkadziesiąt minut aby przywrócić mobilność autu. Najlepszym sposobem jest włączyć myślenie i się zorganizować. W moim Zoe zasięg wynosi 280 km (w nowym modelu już 400km), wystarczy to z dużym zapasam na cały dzień jazdy. Szybkość ładowania także uległa radykalnej poprawie, a to pewnie jeszcze nie koniec możliwości konstruktorów.

Teraz wystarczy zaplanować dzień, może punkt ładowania jest koło naszej pracy, jeśli nie to w domu podłączymy samochód do sieci i na rano znów będzie w pełnej gotowości. Wyjazd w trasę wymaga już więcej wysiłku. Dobrze zaplanować wcześniej trasę z uwzględnieniem punktów ładowania. Polecam nie jechać na styk, a przerwa w trasie na ładowanie samochodu i odpoczynek dla kierowcy wyjdzie każdemu na dobre.

Tekst i zdjęcia: Dariusz Pastor