Auto w Pracy

Slideshow Image Slideshow Image Slideshow Image

 

Zatankowany samochód na cały weekend. Wsiadać i jeździć, bez żadnych zobowiązań.  Nic nie trzeba sprawdzać, oceniać. Nawet nie muszę napisać o nim artykułu. Taka gratka nie zdarza się co dzień.

Jakby mało było szczęścia, to jeszcze mogłem wybrać model, którym chcę jeździć. Wybór padł na Tucsona.  SUV z napędem na cztery koła, na tą porę roku to  najlepsza decyzja.

Samochód mam odebrać w piątek o 13.00. Początkowo przyszedł mi do głowy pomysł, aby się nieco przygotować i zebrać trochę informacji o Tucsonie. Szybko jednak zmieniłem plany, przecież to nie jest redakcyjny test samochodu. Ma być spontanicznie to będzie, nawet nie dopytuję się który to model Tucsona. Tak z ciekawości zerknąłem tylko w katalog. Benzyna, benzyna z turbiną i diesel, ceny od 83 tysięcy.  Ciekawe którego dostanę.

Wizyta w siedzibie firmy i podpisanie stosownych dokumentów zajęło chwilę i już zjeżdżamy w podziemia szukać samochodu.  Poszukiwany to Hyundai Tucson 1,6 T-GDI w automacie.  Zadanie nie było zbyt trudne. W szeregu białych aut szaro brązowy Tucson rzucał się w oczy. Nie tylko ze względu na kolor. Większy, dostojnie błyszczący chromami, po prostu wyższa klasa od parkingowych sąsiadów.

Kluczyki w ręku, więc pora wsiadać.  Jest pięknie. Zastanawiam się czy parking podziemny, jako miejsce odbioru auta to przypadek, czy przemyślana decyzja. Parking jest oświetlony, ale w aucie i tak panuje leciutki półmrok, dzięki czemu wspaniale wyeksponowana jest iluminacja wnętrza. Podświetlenie wskaźników, przycisków, a jest ich trochę, robi wrażenie. Szacunek dla projektantów, że podświetlając tyle elementów nie zrobili z auta bożonarodzeniowej choinki. Delikatna poświata otacza kierowcę, ale światło jest bardzo subtelne, nie rozprasza, nie epatuje blaskiem.  To światło jest dla mnie i mojej wygody. Co ważne, ciągle jestem w samochodzie, a nie w statku kosmicznym.

Uruchomienie silnika odbywa się przez naciśnięcie  przycisku "start". Ten patent szturmem zdobył uznanie kierowców i błyskawicznie wypiera tradycyjną stacyjkę. Jakby go tu zabrakło, byłbym mocno zdziwiony.  Na szczęście jest. Ponieważ to automat, to wciskam hamulec i dopiero naciskam przycisk "start". Autko delikatnie zamruczało i słychać tylko muzykę z radia. Wyciszenie bez zarzutu.

Teraz przyszedł czas rozkminić automat. Żadna to sztuka, wystarczy jedna zasada - używamy tylko prawej nogi. W samochodzie z automatyczną skrzynią biegów nie ma sprzęgła, jest tylko gaz i hamulec.  Jeśli ktoś zechce połączyć dwa pedały i dwie nogi, to raczej nic dobrego z tego nie wyjdzie.  Przez lata zakodowaliśmy w głowach, że hamulec naciskamy prawą nogą. Automatycznie, bez myślenia i wychodzi. Spróbujcie, albo lepiej nie, robić to lewą nogą. Zero wyczucia. Szkoda czasu na uczenie lewej nogi, dajmy jej odpocząć.

Jeśli jednak nie moglibyśmy zapanować nad tą jedną kończyną, to zawsze zostaje  stara metoda instruktorów jazdy. Zdjąć but z lewej nogi i sprawa załatwiona.  Żarty na bok, aż tak "zdolnych" chyba nie ma. Jazda automatem jest banalnie prosta.

Samochód odpalamy trzymając nogę na hamulcu. Przesuwamy dźwignie zmiany biegów w pozycję "D" - czyli do "jazda" i zdejmujemy nogę z hamulca.  Nawet bez dodawania gazu, samochód zacznie powoli się toczyć. Dodajemy gazu - przyśpieszamy, wciskamy hamulec - zatrzymujemy pojazd. Nie ma możliwości zrobienia "żabki" przy ruszaniu, czy zgaśnięcia silnika przy hamowaniu.  Biegów nie trzeba zmieniać, nic tylko jeździć.  Nawet dziecko dałoby radę. Teraz wiem, skąd sensacyjne newsy,  że kilkulatek w USA  zabrał kluczyki i pojechał na wycieczkę. Tam królują automaty.

Puszczam hamulec i wytaczam się z szeregu zaparkowanych aut.  Na pierwszy rzut oka widać, że ten Tucson to wypasiona wersja. Jeśli tak to ma asystenta parkowania i od niego zaczniemy zabawę. Asystent to mało adekwatne określenie, powinien nazywać się parkingowy. W końcu to on  ma zaparkować auto.  Kierownica należy do niego, gaz i hamulec do mnie.

System potrafi parkować prostopadle i równolegle. Wybrałem to pierwsze. Jedziemy i szukamy wolnego miejsca. Za chwilę będziemy koło miejsca które dopiero co opuściliśmy.  Ciekawe czy je zauważy?  Zauważył, na wyświetlaczu pojawiła się stosowna informacja. Teraz każe wrzucić wsteczny i puścić kierownicę.  Z trudem dałem się oderwać od kółka. Samochód rusza, kierownica sama się kręci, a miejsce wąskie. Głupie uczucie, wolałbym już sam parkować, ale trzeba dać mu szansę "parkingowemu". Zaufania wielkiego nie mam, więc kontroluje sytuację. Podobno system parkowania, nie jest zintegrowany z hamulcem. Trochę to dziwne,  bo przecież są czujniki parkowania i radary z każdej strony, więc już tylko mały krok do uzyskania bezkolizyjnego systemu przy niskich prędkościach.  Wystarczy tylko połączyć elementy. Czyżby tego nie zrobiono? No cóż, sprawdzać nie będę.

Fizyki oszukać się nie da. Jak mało miejsca, to nawet automat na raz nie da rady wjechać. Czujki zaczynają piszczeć i pojawia się komenda, że mam przełączyć bieg  na "D"  Robię co każe i jedziemy do przodu. Wysunął się, odprostował i mam wrzucać wsteczny czyli "R".  Znów jedziemy do tyłu.  Dobrze, że jest kamera cofania. Dojechał do ściany, więc wciskam hamulec.  Patrzę na efekt.
Z mojej strony trochę ciasno,  ale od biedy da się wyjść.  Może sam bym lepiej nie zaparkował, ale nie zmienia to faktu, że jestem średnio zadowolony. Liczyłem na więcej. Teraz Tucson mnie zadziwia. Czyżby to już sztuczna inteligencja i wyczuł moje niezadowolenie. Pewnie nie, to komputer przeliczył dane i wyszło że może być lepiej. Będzie poprawiał, albo kończył dzieło. W przód, tył i jest idealnie, równo z każdej strony.

Chyba da się żyć z "parkingowym".

W drodze do domu zaczynam poznawać auto. Na pierwszy ogień idzie fotel. Obszyte skórą, pokaźnych rozmiarów siedzisko i oparcie wzbudzają zaufanie. Siada się i już jest dobrze, tak jak lubię. Mam siedzieć pewnie i wygodnie.  Fotele są regulowane elektrycznie.  Bardzo wygodne i praktyczne rozwiązanie. Zwłaszcza, że regulacja jest w dziesięciu płaszczyznach.  Krótko mówiąc, oprócz normalnej regulacji, mogę napompować bułę pod plecami, czy udami. W taki fotel to i garbatego można wpasować.

Obsługa pokładowa jest bezproblemowa.  Pomimo iż jest się czym pobawić, to wszystko mamy w zasięgu ręki i to tak umieszczone, że nie musimy długo szukać. W Tucsonie nie ma jakichś udziwnień nad którymi trzeba się zastanawiać, albo przeczytać instrukcję (a to gruba książka).  Dla naszej wygody, światła dzienne włączają się same, a czujnik zmierzchu przełączy je na mijania.  Przynajmniej o mandat za brak świateł nie trzeba się troszczyć.  Za to te za prędkość ciągle groźne.  Dobrze, że przynajmniej od nowego roku nie ma miejskich śmieci.  Mój Hyundai ma najmocniejszą jednostkę benzynową o mocy 175 KM, a to już nie byle co. Setkę osiąga w mniej niż 10 sekund.  Jak to przełoży się na wrażenia z jazdy, to pewnie za chwilę się przekonam. Póki co to wyjeżdżam z garażu i widzę, że zaczyna padać śnieg. Czyli dobrze, że wybrałem SUVa, a poza tym lubię śnieg. Po kilku minutach już coś można powiedzieć.  Prowadzi się dobrze, ale tego stada koni nie czuć. Może inaczej, nie ma sportowych emocji.  Owszem,  da się wyrwać na światłach, wyprzedzać, ale to wszystko jest bardzo ugrzecznione.  Nie jest to wadą, w codziennej eksploatacji zaczniemy doceniać ciche wnętrze i komfortowe zawieszenie.  Jest jeszcze turbo dziura.  W mieście sytuacja zmienia się co chwilę, jeżeli będziemy chcieli jechać dynamicznie, to automat będzie miał dużo pracy ze zmianą biegów. Automat nadąża, turbina czasem nie. To ma miejsce tylko przy dość ofensywnym stylu jazdy.  W zanadrzu mam przycisk "sport", podobno ma to być lekarstwem na tą dolegliwość.  Jest lepiej, "sport" wyleczył auto z turbo dziury, zbiera się zdecydowanie szybciej, ale ...  No właśnie, sama moc i szybkość nie czyni z auta sportowca. Sportowe samochody to jednak cała filozofia stylu. Twarde sztywne zawieszenie, ryk silnika i dopiero przyśpieszenie wciskające w fotel. Oczywiście dobrze jak mamy wrażenie, że siedzimy dupą na asfalcie.  W Tucsonie jest inaczej, przestrzeń, wygoda, siedzimy wyżej niż w osobówce i mamy doskonale wyciszone wnętrze.  Powiedzmy od razu, zamysłem projektantów było stworzenie SUV, któremu będzie bliżej do limuzyny niż wyścigówki.  Wygląda, iż to się udało.

Miejski rekonesans zakończony. Wieczorem pogonimy Tucsona w trasę. cdn